03.01.2011
Uff Minął rok 2010. Wiele się wydarzyło. Sporo też u Bartoszka. Bardzo wyrósł, rozwinął się i odwiedził kilka ciekawych miejsc. M.in. Krynicę Zdrój, Jasło i Zwierzyniec.
Pierwszego dnia Nowego Roku postanowiliśmy coś zrobić z synkiem i wymyśliliśmy, że pójdziemy na sanki. Pogoda była słoneczna chociaż temperatura wskazywała, że może być mokro. Było koło 0 stopni. Dotarliśmy na górkę. Było kilkoro dzieci z rodzicami. Bartunio lubi kiedy są inne dzieci aby się z kimś zapoznać, pogadać oraz popisać jazdą na sankach. No to daliśmy popis.
Pierwszy zjazd był taki, że sanki zboczył z toru a Bartosz walnął w drzewo. Na szczęście nie trawił w środek i tylko rączką a nie głową. Lekko obolały wdrapał się z powrotem na górę aby znów jechać. Bał się jechać sam w dół, więc siadłem z tyłu, aby kierować sankami. Kilka razy wcześniej tak jechaliśmy i saneczki lekko się wygięły. Nie spodziewałem się, że stanie się coś takiego.
Tor był poprzecinamy górkami, które niczym progi na ulicy powodowały skoki. 2 takie progi oraz moja waga plus słabe sanki sprawiły, że stałą się tragedia.
Mikołaj chyba nie dopatrzył jaki prezent wręczał synkowi na początku grudnia. Sanki złożyły się a raczej rozłożyły jak książka. Sfajczyły się nam i na szczęście tylko moja ręka ucierpiała a nie synek. Pan z innymi sankami użyczył nam swoje na pocieszenie i czym prędzej pobiegliśmy na gorę. Uczynny Pan stwierdził, że te są jeszcze przedwojenne i nic się im nie stanie. Skoro przeżyły wojne to raczej im nie rozwalę – pomyślałem.
Zjazd udał się na tyle dobrze, że byliśmy znów najdalsi. Oto zdjęcie:

Po tym wyczynie zostaliśmy pozbawieni sanek. Nie dlatego, ze je uszkodziłem ale Pan po prostu już szedł do domu z dzieckiem. Pozostałem sam ze smutnym Bartusiem, który sobie przycupnął z buzią w rękach. Trzeba być coś zrobić aby wyrwać go z tego marazmu. Z sanek został naleśnik [a propos Mamusia ostatnio zrobiła pyszne:)] a my przecież wyszliśmy po to aby się bawić.
Postanowiłem poszukać kartonu lub czegoś innego na czym można zjechać. Udaliśmy się w kierunku budynku basenu, 100 metrów od górki. Było zamknięte tego dnia. Na szczęście ktoś zostawił worek po sprzęcie sportowym koło boiska, blisko basenu. worek był duży, mocny i czysty. Czyjeś niechlujstwo nas uratowało. Szkoda, że Mama nie da się przekonać aby czasem po sobie nie sprzątać.
Dotarliśmy raz jeszcze na szczyt górki. Wgramoliłem się do środka, potem Bartosz. Worek z zawartością powoli ruszył w dół. Powili dojechaliśmy do krawędzi górki, po czym bardzo szybko w dół. Wehikuł nabrał prędkości a my z nim. natrafiliśmy na próg. OJ! pollleeeeeciiiał! worek a my z nim. Ale co to były za emocje! Dawno się tak nie bawiłem a Bartoszek. Wystarczyło tylko popatrzeć na niego oraz posłuchać jak się śmieje. To była zabawa.

Chyba nigdy się tak dobrze nie bawiliśmy na śniegu. I cała ta zabawa dlatego, że rozwaliłem sanki. Potem nie byłem zbyt uważny i poobijałem sobie pupę. Zabawa była przednia. To obijanie o próg mnie zmęczyło, szczególnie ręce. Poza tym moje spodnie już nieco namokły i robiło się ciemno. Wróciliśmy szczęśliwi do domu.