Tydzień temu, korzystając z urlopu postanowiłam zabrać Szkrabusia do Zoo. Wyprawa była planowana skrupulatnie od kilkunastu dni, pozostawało tylko uchwycić słoneczny dzień i w drogę.
A w drodze z Bartoszkiem nie można się nudzić. Wsiedliśmy do pociągu, który -o dziwo- był przepełniony po brzegi i chyba cudem znaleźliśmy dwa miejsca siedzące. Właściwie według mnie wystarczyłoby nam jedno ale synuś był innego zdania. Ani prośby ani groźby nie skutkowały, on chciał mieć własne miejsce a nie siedzieć na kolanach jak byle maluch. Po kilkunastu minutach przekonywania poddałam się.
Bartosz upewniwszy się, że nie mam zamiaru podstępnie pozbawić go własnego miejsca siedzącego założył nogę na nogę, podparł głowę na piąstce i obserwował ludzi, raz po raz zaczepiając kogoś wzrokiem lub uśmiechem.
Drga do Zoo była trochę dłuższa niż się wydawało patrząc na mapę. Buziunia część drogi pokonała dzielnie tuptając a część u mamy na barana. Pierwszymi zwierzątkami na trasie zwiedzania były żyrafy hieny i okapi.

Ku mojej radości wzbudziły one zainteresowanie Bartusia, ale… to by było tyle na początek. Zebry, wielbłądy, lwy czy tygrysy nie zrobiły na szkrabie najmniejszego wrażenia, a kolorowe akwaria z różnymi rodzajami ryb i innych morskich stworzeń wyraźnie nie przypadly mu do gustu, bo popędzał mnie na każdym kroku.
Potem jeszcze synek chwilą uwagi zaszczycił pingwiny.

Jednak najbardziej ze wszystkiego podobał mu się…plac zabaw w Zoo. No i może jeszcze Animal Adventure, zrobione z myśla o takich szkrabach jak Bartuś.
Można tam było skakać, wspinać się, turlać a nawet pogłaskać różne zwierzaki. Jednak nasz mały indywidualista postanowił nie bratać się z żywymi stworzeniami, tylko dokładnie sprawdzić ich domki, karmniki i wszelkie zakamarki ich wybiegów. No cóż, różne są gusta.

Po przerwie na obiadek ruszyliśmy dalej odwiedzać zwierzaki.
Widzieliśmy jeżozwierza:


Buziunia zainteresowała się żywo różnymi ptakami, jednego próbował nawet złapać:/na szczęście ptak był szybszy.

Potem jeszcze pomachaliśmy do goryla, popiszczeliśmy przy surykatkach (jako żywo przypominały Timona z ulubionej kreskówki Bratusia)


i w końcu poszlismy na lody.