Archiwum dla grudzień, 2007

ostatni dzień roku

Dzisiaj o dziwo Bartoszek przespał całą noc bez jęków. Po raz pierwszy od dość dawna pozwolił się wyspać Tacie i Mamie, za to kiedy wstał….się zaczęło. Śniadanko Taty wydawało mu się o niebo ciekawsze od jego własnego, dlatego wszelki próby posadzenia go w jego własnym foteliku kończyły się tak samo: jęk, pisk, kopanie. Jogurty czy szyneczka były feee, a widelec którym jadł Tato tak ładnie pobłyskiwał w świetle, jajecznica zaś wyglądała tak obiecująco, a jeszcze bardziej jego gorąca herbata kusząca łatwą dostępnością na stole. Wszystko to sprawiło, że Bartoszek dzielnie towarzyszył Tacie w jego porannych przygotowaniach do pracy, a kiedy Tatunio próbował założyć buty rzucił mu się na szyję- na szczęście bez płaczu. Przytulony, wycałowany pozwolił w końcu Tacie wyjść na autobus i zajął się swoimi samochodami.

Skomentuj »

kotlety a’la Bartosz

28.12.07

Tego dnia nasz synek postanowił pomóc mi w przygotowaniach do obiadu.

Wyszłam na krótką chwilę do pokoju, zostawiając Bartoszka samego bawiącego się małym plastykowym młoteczkiem. W kuchni na szafce leżała szyneczka (dokładnie ta sama na którą Bartosz kręcił nosem przy śniadanku) zawinięta w folię. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że leży ona na tyle blisko brzegu szafki iż Bartosz może ją łatwo dosięgnąć. Oczywiście nie omieszkał tego zrobić. No cóż, szkrabik rośnie z dnia na dzień, więc i zasięg jego łapek się poszerza-teraz już to wiem.
Jednak szyneczka w zasięgu jego rączek bynajmniej nie sprawiła, że mój synek nagle stał się głodny lub coś w tym stylu, o nie. Bartoszek postanowił zrobić coś dla nas-tak mi się przynajmniej wydaje. Wyjął każdy osobny plasterek z opakowania, włożył to wszystko do swojego talerzyka, nie zważając na to, że zamiast stołu swoje kulinarne próby przeprowadza na podłodze, zaczął ubijać wszystko swoim młoteczkiem na tyle głośno, że oderwał mnie od rozwieszania prania w pokoju.

Kiedy weszłam do kuchni Bartosz, nie przeszkadzając sobie moim pojawieniem się, w najlepsze ubijał szyneczkę młotkiem. Śmiem przypuszczać, że miały o być kotlety dla nas wszystkich, ale obawiam się też innej wersji: Bartosz miał dosyć szyneczki na śniadanie i tak wyraził swoja niechęć do mięska.

Skomentuj »

Świąteczny dzień

25.12.2007
Już od rana, nasza Buzia była niestrudzona w zabawach. Chcieliśmy jeszcze chwilę poleżeć w łóżku, dlatego zablokowaliśmy drzwi łóżeczkiem (sforsował je potem) i zaprosiliśmy Bartosza pod kołdrę. Przez jakiś czas był wniebowzięty w fałdach pierzyn. Lecz po jakimś czasie zaczął marudzić i dziwnie się zachowywać.

Zaczął mnie spychać z łóżka a Mama, na domiar złego, zaproponowała mi abym mu to umożliwił. Tak uczyniłem. Dziecko zaczęło radośnie skakać po części łóżka, na której przed chwilą leżałem. Następnie położył się bez ruchu, odczekał chwilę, zszedł z łóżka i machając, powiedział Mamie ‘papa’, po czym uciekł.

Zanim zdołał uciec do innego pokoju, zajął się przemeblowaniem. Poprzestawiał pojemniki na skarpety i bieliznę (bez rozrzucania zawartości) oraz zaczął wyciągać książki. Wreszcie wstaliśmy, ja się umyłem i ogoliłem – rozpoczęliśmy dzień.

Zjedliśmy smaczny obiadek, chociaż Bartoszek raczej rozrzucił zawartość talerzyka i niewiele trafiło do buzi. Około 14.00 wyszliśmy na spacer. To było to, czego Bartoszkowi brakowało.

Ulice miasta były niemal wyludnione, samochody też pojawiały się z rzadka, daliśmy więc szkrabikowi więcej swobody, z której ten skwapliwie korzystał. Biegł niemal przed siebie, zaczepiając oczywiście każde drzwi, bramy, klamki. Poszliśmy na plac zabaw i położony nieopodal skate-park. Bartuś nie zważał na kałuże, błoto, wodę we wgłębieniach ławek ani na to, że co jakiś czas przewracał się na pupę lub padał na kolana mocząc i niemiłosiernie brudząc spodnie, kurtkę, buty, rączki a nawet…czubek nosa błotem.

Huśtawka była najważniejszym obiektem jego pożądania. Pobiegł do niej najpierw, a potem pojękując i ciągnąc jej łańcuch dawał nam znać, że chce na niej usiąść i się pobujać. Potem przyszła kolej na wielkie liczydła, ławkę, zjeżdżalnię, bujanego kogucika, barierkę. Wydawałoby się, że skoro pobawił się już wszystkim powinien mieć dość ale gdzie tam, jego niespożyta energia nie pozwoliła mu się znudzić.

W końcu nasz synek wyglądał, jakby co najmniej przed chwilą ktoś wytarzał go celowo w błocie. Doszliśmy do wniosku, że to już czas zakończyć jego harce i wpakować go do wózeczka. Jak nietrudno się domyślić Bartoszek miał inne zdanie i po raz kolejny dał występ polegający na pisku, krzyku i wyrywani się z naszych rąk. Na szczęście w ilości siła, więc jakoś wspólnie z Tatuniem poradziliśmy sobie z wpakowaniem go do jego czterokołowca i zabraliśmy nasze umorusane i naburmuszone dziecko do domu.

Więcej zdjęć >>tutaj<<

Skomentuj »

Wigilia

24.12.2007
Tego dnia wstawałem nieco wcześniej, aby zdążyć na autobus o 8:00. Bartosz był już na nogach. Wyjąłem go z łóżeczka i hasał sobie radośnie. Niestety nie zrozumiał, że ja już wychodzę i nie będzie spaceru ani zabawy. Zareagował straszliwym piskiem i szlochem.

Kiedy wróciłem o 18:00, Mama kończyła już gotowanie a Mincia sobie radośnie szalała po pokoju. Prezenty już leżały przygotowane, więc i ja położyłem swój. Opakowaniem była potężna torba z Kubusiem Puchatkiem i Prosiaczkiem. Bartosz podszedł do niej chytrze z zalotnym spojrzeniem i zamiarem tarmoszenia, jednak posadziliśmy go w jego fotelu i zaczęliśmy uroczystości wigilijne.

Kiedy się modliliśmy, dzieciunio patrzyło na nas z zaciekawieniem i co chwila się śmiał. Podzieliliśmy się z nim opłatkiem, który natychmiast wywalił na podłogę. Potem zaczęliśmy jeść. Bartuń jadł bardzo ładnie… do pewnego momentu. Potem wolał się bawić sztućcami i talerzem, oraz rzucaniem jedzenia. Przyszedł czas otwierania prezentów.

Oczywiście najbardziej kuszące okazało się opakowanie. Bartoszek zginał, rzucał i maltretował na wszelkie sposoby. Potem jednak zainteresował się żywo samochodami, które otrzymał. Jeden jest większy – garbus; oraz mniejszy, drewniany – strażacki.

Potem jeszcze przez długi czas miał zabawę z opakowaniem, samochodami oraz słuchawkami. Porozmawiał z Babcią i zaczął się robić marudny. Było już dosyć późno i położyliśmy go do łóżeczka. Zawodzeniem oznajmił swoją dezaprobatę. Utuliłem go wyjątkowo długo, położyłem do spania i pogłaskałem. Efekt? – już się nie odezwał.

Ja otrzymałem wspaniałe prezenty: rękawiczki (bardzo eleganckie i ciepłe) oraz książkę niezwykłego autora, Briana Tracy (zdjęcie poniżej). Przestudiowałem już 2 jego pozycje i jestem przekonany, że jego dzieła są bezcenne.

Ta wigilia była niezwykła. Dziecko zaliczyło swoją drugą ale poprzednio głownie spał. Nowy Rok też będzie dobry:)

Skomentuj »

Niedzielny spacer

23.12.2007
Mama pracowała cały dzień, dlatego Bartoszkiem zajmowałem się ja. Zajrzeliśmy na chwilę odwiedzić Mamę i dać jej jedzonko, po czym poszliśmy na spacer. Nie zabraęłm wózka i dziecko mogło sobie poużywać wolności swobodnego chodzenia. Szalał biegając po Tesco i buszował po półkach. 

Oczywiście nie przepuścił żadnym drzwiom ani schodom. Miało to swoje plusy, ponieważ z powodu braku barierek, był zmuszony do trzymania mnie za rękę. Podobnie było na pochyłej ulicy. Bardzo lubię, kiedy on trzyma mnie za rękę, prawie tak samo jak niegdyś lubiłem gdy Buziunia spała na moim brzuchu. Kilka razy pójdzie ‘za rękę’ z konieczności i wyrobi sobie nawyk, tak potrzebny na ruchliwych ulicach i centrach handlowych. 

Było mgliście po zmroku, co dodatkowo sprawiało, że Bartosz miał powody, aby się mnie kurczowo trzymać. Mimo to, chodził dosyć pewnie i szybko (właściwie pędził), mijając ciemne zaułki. Po spacerku był gotowy aby spokojnie zasnąć i smacznie spać w ciągu nocy. 

Skomentuj »

Tańce na studzience

22.12.2007

Dziś chodizliśmy sobie trochę po bazarku a następnie przenieśliśmy się nad rzeczkę. Było chłodno ale nie zimno i dziecko miało niespożytą energię do zabawy. Początkowo postanowił praktykować pchanie wózka wraz z zawracaniem, sklecaniem i polowaniem na nogi przechodniów. Czuwałem na bezpieczeństwem publicznym, bo Bartosz powoził wózeczek naprawdę szybko i brawurowo.

Trochę czasu zajęło, zanim się nieco zmęczył i poczuł potrzebę aby się na mnie wdrapać. Następnie zaczął się kręcić dookoła i najwyraźniej chciał gwałtownie wyrzucić z siebie nadmiar niespożytej energii. Zobaczył jak ja przenosiłem ciężar ciała na nierównej płycie, zakrywającej studzienkę kanalizacyjną. Ten dźwięk go zachwycił i czym prędzej dopadł do tej płyty, wykonując ruchy, jak gdyby miał na sobie hula hop.

Pomagałem mu nakłonić płytę do wydawania pożądanych dźwięków, ale to mu nie wystarczało. Tym samym zabiegom poddał inne płyty. Trochę to trwało, aż zjawił się dawno nie widziany przyjaciel – Chris. Bartoszek zlustrował go dokładnie, myśląc o czymś intensywnie, po czym zażądał ode mnie aby go wziąć na ręce.

Kiedy rozmawialiśmy sobie, zmienił zdanie i postanowił wrócić do przebierania nóżkami po płycie studzienki. Dreptał energicznie po placyku i chyba namawiał mnie do kontynuowania wędrówki. Odpuściłem mu ładowanie go do wózka i poniosłem go przez chwilę ‘na barana. Następnie stoczyłem z nim drugą rundę batalii o zapięcie go do wózka. Udaliśmy się do domu.

W domu Buziunia pospała sobie smacznie i znów miała siłę do szaleństw. Szczególnie upodobał sobie suwanie go po podłodze, kiedy siedział sobie na kołdrze. Ślicznie porozmawiał z Kaśką Łącz (Puzio – zwana dawniej Wiedźmą) i położył się zmęczony po 21.

Skomentuj »

choinka

21.12.2007

Dzisiaj po przebudzeniu uwagę Bartoszka pochłaniała głównie choinka, a szczególnie bombki i światełka które ja ozdabiają. Tyle błyskotek!! Toż to tortura dla szkrabika nie móc ich dotknąć, zdjąć itp. O dziwo około południa troszkę jakby stracił zainteresowanie drzewkiem. Czyżby wszystkie bombki zostały już poznane?

Skomentuj »

Bartoszkowy masaż głowy

20.12.07
Dzisiaj trafiło mi się zajmowanie się dzieckiem w Milton Keynes. Jeździliśmy więc po mieście robiąc zakupy a potem wracaliśmy do domu. Natknęliśmy się przy okazji na pewne problemy, związane z brakiem wystarczającej ilości miejsca na wózki w autobusach. Jeździliśmy w godzinach szczytu i w jednym pojeździe stykały się ze sobą 3 wózki.

Trzeba mi było jakoś zabawić Bartunia, bo coraz bardziej dawał się we znaki. Zabawa polegała na ‘kłapaniu’ składanymi siedzeniami. Wypił już swój sok i pewnie chciał sobie pohasać, ale paski od wózka nie pozwalały na to.

Po kolejnych zakupach, wsiedliśmy wreszcie do naszej 32, jadącej do Buckingham. Bartosz próbował zwrócić na siebie uwagę pewnej dziewczyny (skutecznie zresztą), lecz nie zajęło go to na tyle, aby przestać marudzić. Poczęstowałem go pyszną szyneczką. Pomogło na jakieś 5 minut.

Buziunia zaczęła kiwać głową w przód i tył, niczym w reklamie Renault Clio mtv. Pozwoliłem sobie na masowanie go po głowie. Tak mu się to spodobało, że pochwycił moją dłoń (swoimi rączkami chwycił mojego kciuka i mały palec) i zaczął nią masować sobie głowę. Robił to już kiedyś, przy okazji usypiania małego dziecka.

W domu Bartosz został ubrany w rajstopki. Najpierw znalazł sobie wielką uciechę w uporczywym ściąganiu ich, lecz ostatecznie uległ. Potem pomagał Mamie w ubieraniu choinki, po czym łagodnie zasnął.

Skomentuj »

Żywy mikser

19.12.2007
Dzisiaj zakupiłem sok truskawkowo-bananowy i wręczyłem dziecku w dużym kubku. Potem pomyślałem, że to może być za ciężkie dla niego. Nalałem więc trochę soku do mniejszej szklanki, i chciałem zabrać mu większą. Niestety.

Za każdym razem, kiedy próbowałem mu ją odebrać, Bartosz reagował narastającym piskiem i szarpaniem krzesełka. Postanowiłem więc pozostawić mu obie szklanki do dyspozycji. Na przemian z nich korzystał. Zostawiłem mu też miseczkę z gotowanymi ziemniakami. Obserwowałem dzieciunio przez chwilę, z rosnącą dumą ojcowską, po czym sam zasiadłem do swego obiadu.

Kiedy skończyłem, okazało się, że dziecko ładnie wypiło sok i pobrudził sobie tylko buzię i jeden rękaw. Postanowiłem w nagrodę dać mu dolewkę. Dolałem mu troszeczkę soku do szklanki a sam zabrałem się za deser. Przerwałem, kiedy zanotowałem coś niepokojącego w jego zachowaniu.

Bartoszek miętosił w rękach coś chlupoczącego. Okazało się, że to ziemniak umaczany w soku. Dzieciuń namoczył wszystkie ziemniaki w soku a całość dokładnie wybełtał. Robił to z prawdziwym zadowoleniem, nawet po tym, jak umyłem mu dokładnie ręce. Zwykle tak układa ręce, kiedy chcę pokazać ‘papa’, chociaż dzisiaj pokazał już klasyczną wersję tego gestu – podniósł rekę i pomachał tak, jak się zwykle macha. Przy okazji powiedział bardzo wyraźnie ‘papapa’

Codzienne nowe, fascynujące odkrycie. To rekompensuje wszelkie trudy posiadania dzieci!

Po co nam te sprzęty, skoro jest Bartosz. Zrobi to po cichu i bez prądu. Ekologicznie i z klasą.

Skomentuj »

W obronie pomelo

18.12.2007
Dzisiaj otrzymałem zadanie nakarmienia dziecka. Grzecznie zjadł prawie wszystko. Pozostał problem czegoś do picia, gdyż nie było już mleczka tylko herbatka. Bartosz ją lubi niespecjalnie i postanowiłem skombinować coś zastępczego. Wczoraj zakupiliśmy m.in. pomelo (wielki, zielony cytrus, który smakuje jak słodkawy grejpfrut) i pomyślałem, aby je zmiksować i dać mu postały w tego wyniku sok.

Teoretycznie wydawało mi się to łatwe, jednak jak mawiał Murphy: ‘co się może nie udać, nie uda się na pewno’. Nasz mikser nadaje się najlepiej do substancji płynnych i półpłynnych. Dlatego pokroiłem pomelo na drobne kawałki i zacząłem się wwiercać. Nie szło to ‘jak po maśle’ i wtedy coś innego zaczeło mi przekszadzać.

Stojący na podłodze Bartosz zaczął niemiłosiernie piszczeć na dźwięk pracującego miksera. Od dawna już oswoił się z odkurzaczem, suszarką do włosów i wszelkimi ‘bziukaczami’. Jednak mikser wciąż wydawał mu się strasznym potworem, który złowrogo i głośno syczał. Wziałem Dzieciunio na rękę aby mu pokazać, ze nic złego się nie dzieje, tylko tata przygotowuje sok. To nie pomogło.

Bartosz wciąż płakał, darł się i lamentował. Pewnie starał się storpedować torturowanie miąższu tego owocu. Nie miałem wyjścia innego niż po prostu przerwać tę czynność. lekko rozmemłane kawałki pomelo trafiły do moich ust. ‘Ziaba’ tylko podziamlała jeden kawałeczek w buzi, po czym go zostawiła na podłodze.

oto pomelo

Skomentuj »