
24.12.2007
Tego dnia wstawałem nieco wcześniej, aby zdążyć na autobus o 8:00. Bartosz był już na nogach. Wyjąłem go z łóżeczka i hasał sobie radośnie. Niestety nie zrozumiał, że ja już wychodzę i nie będzie spaceru ani zabawy. Zareagował straszliwym piskiem i szlochem.
Kiedy wróciłem o 18:00, Mama kończyła już gotowanie a Mincia sobie radośnie szalała po pokoju. Prezenty już leżały przygotowane, więc i ja położyłem swój. Opakowaniem była potężna torba z Kubusiem Puchatkiem i Prosiaczkiem. Bartosz podszedł do niej chytrze z zalotnym spojrzeniem i zamiarem tarmoszenia, jednak posadziliśmy go w jego fotelu i zaczęliśmy uroczystości wigilijne.
Kiedy się modliliśmy, dzieciunio patrzyło na nas z zaciekawieniem i co chwila się śmiał. Podzieliliśmy się z nim opłatkiem, który natychmiast wywalił na podłogę. Potem zaczęliśmy jeść. Bartuń jadł bardzo ładnie… do pewnego momentu. Potem wolał się bawić sztućcami i talerzem, oraz rzucaniem jedzenia. Przyszedł czas otwierania prezentów.
Oczywiście najbardziej kuszące okazało się opakowanie. Bartoszek zginał, rzucał i maltretował na wszelkie sposoby. Potem jednak zainteresował się żywo samochodami, które otrzymał. Jeden jest większy – garbus; oraz mniejszy, drewniany – strażacki.
Potem jeszcze przez długi czas miał zabawę z opakowaniem, samochodami oraz słuchawkami. Porozmawiał z Babcią i zaczął się robić marudny. Było już dosyć późno i położyliśmy go do łóżeczka. Zawodzeniem oznajmił swoją dezaprobatę. Utuliłem go wyjątkowo długo, położyłem do spania i pogłaskałem. Efekt? – już się nie odezwał.
Ja otrzymałem wspaniałe prezenty: rękawiczki (bardzo eleganckie i ciepłe) oraz książkę niezwykłego autora, Briana Tracy (zdjęcie poniżej). Przestudiowałem już 2 jego pozycje i jestem przekonany, że jego dzieła są bezcenne.

Ta wigilia była niezwykła. Dziecko zaliczyło swoją drugą ale poprzednio głownie spał. Nowy Rok też będzie dobry:)
