13.01.2008
Z samego rana Bartoszek był już gotowy do dzikiej zabawy. Postanowiłam więc zabrać go z sobą do kościoła, żeby Tatunio mógł sobie trochę jeszcze pospać, no i żeby synuś się trochę wyszalał.
Oprócz wielkiego buntu w momencie wkładania go do wózka Bartoszek był jednak nadzwyczaj spokojny. W kościele jak zwykle zasiedliśmy w małym pomieszczeniu przeznaczonym dla rodziców z dziećmi. Jest tam trochę książeczek, kolorowe rysunki dziecięce i wyklejanki na ścianach. Byliśmy lekko spóźnieni, ale nie ostatni. Rozebrałam Bartoszka z kurtki (było strasznie gorąco)i oczekiwałam, że w tym samym momencie zacznie jak zwykle szaleć, tj. wspinać się na krzesła, wyjmować książeczki z półek, rzucać czym popadnie ale…mój synek mnie zaskoczył. Wspiął się na krzesło obok mnie i siedział spokojnie rozglądając się dookoła.
Po jakimś czasie w małej salce zebrało się jeszcze więcej dzieci z rodzicami. Obok nas zasiadła pewna pani, która posadziła swojego synka na krześle po mojej prawej stronie. Chłopczyk ten (czarnoskóry) wzbudził zainteresowanie buziuni (i wzajemnie). ”Kolega” prawdopodobnie dlatego wydał się Dzieciuniowi tak interesujący, że był bardzo kolorowo ubrany. Bartuś przyglądał się mu dobrych kilka minut. Po pewnym czasie stwierdził jednak, że czas na rekonesans. Zsunął sie zwinnie z krzesełka, przejrzał książeczki na półkach, wybrał jedną małą z twardymi stronami i ruszył poznawać resztę potencjalnych towarzyszy zabawy. Z przodu, tuż przed nami siedział Maciek (dokładnie w wieku Bartoszka) z siostrzyczką Kingą, dzieci znajomej którą poznałam w bibliotece kilka tygodni temu.
Maciek wydał mu się dość interesujący głównie ze względu na to, że miał z sobą swoją własną lokomotywę(!) no i siedział na zupełnie innym krześle, przy jedynym stoliku który tam był. Bartoszek obszedł chłopca dokoła już już chciał go strącać z krzesełka ale zauważył, że Maciek nie bawi się swoją lokomotywą więc uznał, że może sobie ją pożyczyć. Mama Maćka uśmiechem chyba wyraziła na to zgodę więc szczęśliwa Buziunia wracała z ”łowów”na swoje krzesełko. Nie posiedział tam jednak długo zwabiony figlarnym wzrokiem ciemnoskórego, kolorowo ubranego chłopca który siedział tuż obok mnie. No i zaczęła się zabawa. Nasz synek dał mu książkę, którą potem chciał wymienić za lokomotywę Maćka, transakcja jednak się nie udała, bo chłopiec sobie ją przywłaszczył. Bartoszek przyniósł więc kolejną książkę, której tamten również nie zamierzał oddać. Dziwne, że Dzieciunio tym razem nie wyrywało chłopcu rzeczy, tylko zwyczajnie chciał się wymienić. Zawiedziony jednak tym, że nie mógł nijak dojść z chłopcem do porozumienia oddał mu książkę i lokomotywę i usiadł znudzony. Wtedy z kolei ów pazerny kolega zaczął zabiegać o uwagę Bartoszka, jednak ten postanowił mu dać nauczkę i nie zwracać na niego uwagi. Po paru minutach zaś Dzieciunio ruszyło w inne rejony sali, co jakiś czas rzucał przelotny uśmiech chłopcu, który patrzył zawiedziony stratą kompana do zabawy.
Pospacerowaliśmy sobie z dzieciuniem dobre 2 godziny. Przeszliśmy spory obszar dookoła Buckingham w godzinach 14-16. Było dosyć wietrznie, ale szczęśliwie nie padało. Bartosz prezentował się bardzo szykownie w popielatej szapce, bordowej, polarowej kurtce, błękitnych jeansach oraz purpurowych butkach (Wszystko to kupiła Mama). Starsze panie były zachwycone tym modnym dżentelmenem.
I znów zajmował się bankomatem, ale tylko przez chwilę. Następnie udaliśmy się do pobliskiego marketu ‘Badgens’. Dziecko z miejsca zabrało się do plądrowania półek. Próbował podnosić duże butelki mleka (4pints czyli ponad 2litry), następnie litrowe a potem soki. Odbiegł kilka metrów do przodu korytarzem i myślałem, że znów sobie coś znajdzie, ale stało sie coś nieoczekiwanego.
Bartosz energicznie podbiegł do mnie, przytulił sie do moich nóg i spojrzał w górę z wyciągniętymi rękami. Chciał iść na ręce. Skąd ten nagły przypływ czułości? Przez chwilę naiwnie pomyślałem, że dzieciunio się stęskniło i pomyślało, iż tato je bardzo lubi przytulać. Łudziłem się, że dał mi chwilę wytchnienia po ganianiu go po sklepie. Ale przyczyna tej zmianiy w jego zachowaniu okazała się przyziemna (a nawet przypodłogowa).
Już po paru sekundach ujżałem tę przyczynę. Zauważyłem znajomego Malezyjczyka, który był operatorem maszyn do czyszczenia podłóg w Tesco i Badgens. Za każdym razem, kiedy dziecko zauważy tę maszynę, ucieka z płaczem i chroni się w ramionach taty przed jej straszliwymi szczotkami. Tak było i tym razem. Specjalnie więc podchodziłem blisko tej maszyny, aby Bartunio mnie mocno ściskało za szyję. W internecie wyszukałem, że ta maszyna nazywa się szorowarka

Następnie przeszliśmy koło parczku przez mostek, pohuśtaliśmy się do woli i kierowaliśmy się już powoli w stronę domu. Chciałem dzieciunia jak najbardziej zmęczyć, aby się porządnie wyspał i dał odpocząć Mamie. Podeszliśmy wreszcie pod Hamilton House (gdzie pracuje Mama) i dziecko zajęło sie klamką od drzwi oraz tuptaniem na schodkach.
W pewnym momencie drzwi się otworzyły i buziunia stała już w przedsionku. Jakaś starsza pani chciała akurat wyjść i zwolniła elektryczna blokadę drzwi od wewnątrz. Dzieciunio najpierw zaniemówił, następnie zaczął popiskiwać i czym przędzej wybiegł na zewnątrz, odwrócił się i patrzył nieufnie na osobę, która przerwała mu zabawę. Oczywiście miła pani skomplementowała jego ubiór oraz zacięcie do otwierania drzwi.