Archiwum dla styczeń, 2008

Pieski czwartek

24.01.2008
Zamierzałem opisać wczorajsze przygody, ale przy tym, co się stało właśnie dziś, tamte wydarzenia wydają się nudne. Ale po kolei:

Aktywne zakupy Bartosza
Rano nie wydarzyło się nic szczególnego. Poło południa udaliśmy się na spacer. Zabrałem też aparat, aby wreszcie mieć nowe fotki po kilkutygodniowej przerwie. Brakowało już mleczka, więc udaliśmy się do pobliskiego, częstokroć tu opisywanego marketu. Początkowo dzieciunio nie było zbyt skore aby tak akurat wejść. Oczywiście po drodze sprawdzał wszelkie furtki i drzwi, czy aby przypadkiem nie pozamykane. Miałem akurat ochotę wejść do sklepu z butami ale jak na złość, buziunia tam nie zajrzała.

Po wejściu do sklepu, Bartosz z miejsca usadowił się w samochodzie listonosza Pata. Wczoraj w Milton miał okazję korzystać 4 razy z różnych, podobnych maszyn i chyba weszło mu to w krew. Potem poszliśmy w kierunku jego ulubionej sekcji nabiału. I tutaj wielkie zaskoczenie. Bartosz dał się przekupić do chodzenia po sklepie w zamian za noszenie koszyka. W pewnej chwili wziął z półki jeden film dvd i nosił go chwilę w koszyku. ale po chwili zrobił coś niesamowitego. Wyciągnął płytę i starannie odłożył ją miejsce, Potem zrobił to też z oliwą, mlekiem i wodą.

Stał się nadgorliwy i odkładał na miejsce nawet towary, które zamierzałem kupić. Kiedy ja ponownie je wkładałem, on buczał na mnie karcąco i z powrotem odkładał je na miejsce, lub bardzo blisko pierwotnej ich lokacji. Potem jedynie wyciągał butelki z mlekiem i stawiał w koszyku albo na podłodze. Trwało to chwilę. Postanowiłem jednak wyjść na powietrze.

Psia brygada i Bartosz
Powiewał dosyć silny wiatr i nie podchodziliśmy do rzeczki, aby karmić kaczki. Po małym pościgu za dzieciuniem i wyperswadowaniu mu kierunku marszu, wróciliśmy pod market. A tam czekała na Bartosza wielka i wspaniała niespodzianka. Nie jeden. nie da, nawet nie trzy… cztery! CZTERY PIESKI! Stało sobie posłusznie ze swoimi paniami, ubrane w zielone kaftaniki z napisem ‘Psy dla niepełnosprawnych’.

Bartosio był wręcz wniebowzięty. 4 duże pieski, łagodne a jednocześnie skore do zabawy. Upodobał sobie szczególnie dna z nich: Ciemno-złotego i białego. Głaskał je, łapał za uszy u nosy i obejmował. Miał ciekawą zabawą polegającą na ‘taranowanie ich’ poprzez kroczenie wspak. Czyli szedł sobie tyłem wiedząc, że tam siedzi piesek. Pieski lizały go po buzi i próbowały też spróbować jego soczku z butelki. Właścicielki były bardzo miłe i wyjaśniły mi, że zebrały się aby oswoić pieski ze sobą. Ciekawe czy można wypożyczyć takiego pieska na kilka godzin dla buziuni, aby solidnie przetestować jego cierpliwość i odporność na wyjątkowo ruchliwe i ‘przytulne’ dziecko.

Więcej zdjęć tutaj<<

Skomentuj »

Dzień pełen wrażeń

22.01.2008
Niespodziewanie dziś wstaliśmy przed 10. Szybko się zebraliśmy i coś zjedliśmy aby zdążyć na lekcje pływania na 10:30.Kiedy ładowałem go do wózeczka, spotkaliśmy pana elektryka, który coś tam sprawdzał.
Wychodząc, buzia pomachała ładnie panu i powiedziała ‘pa pa pa’. Pan nie był dłużny i odpowiedział tym samym oraz szeroko się uśmiechnął. Dzieciunio sprawia radość i poprawia humor na resztę dnia nie tylko nam.

To był pierwszy raz, kiedy Bartoszek był tam tylko z tatą. Trochę piszczał, ale miał zabawę przy zanurzeniach, kiedy to ja miałem głowę pod wodą. On tego nie lubi, ale w moim wykonaniu przyjął to gromkim śmiechem. Jak zwykle miał niespożytą energię do harców. W przebieralni nie mogłem sobie z nim poradzić. doszło do tego, że ubierałem na przemian jego i siebie. A to jemu spodnie a to mi koszulkę. Próbował otworzyć drzwi, ale je blokowałem. Stawało się to coraz trudniejsze. W pewnym momencie, Bartuś zreflektował się, że nie uda mu się otworzyć drzwi. Postanowił spróbować wyjść dołem!!! Prześwit był mały, ale przy odrobinie uporu (tego mu nie brakuję) miałby szansę sobie poradzić. Jednak poradziłem sobie jakoś z ubieraniem nas i pilnowaniem, aby synunio nie uciekło.

 

Położyłem go do spania koło 13, jednak sobie cichutko kwilił i jęczał. po jakimś czasie zajrzałem do niego, zastając go wpatrzonego z sufit z paluszkami w buzi. Okazało się, że trzeba go zmienić, przytulić, pogłaskać, oraz co najważniejsze – dać ciepłej kaszki. Potem sobie smacznie spał.

Po obudzeniu sobie troszkę poszalał a potem zapiąłem go do fotelika. Jadł pyszne kawałki gotowanego kurczaka i czereśnie, kiedy ja przygotowywałem placki ziemniaczane. Do ciasta dodałem troszkę mleka, mąkę razową oraz płatki owsiane. Do tego pociętą paprykę i czosnek. Sosem był jogurt naturalny nisko-tłusty z czosnkiem: palce lizać! Bartuniowi też smakowało. Zostało jeszcze na jutro.

Kiedy już się najadł, zrobił coś niezwykłego. Wyswobodził się z ramiączek zapięcia i podciągał się do góry. Gdyby nie blat od tego fotelika, zapewne by wyszedł. Nie spodziewałem się, że jest aż taki sprawny. To nie wszystko co dziecko zrobiło. Przypomniałem sobie, że w pralce zostało jeszcze trochę prania. Pozbierałem suche rzeczy z suszarki do kosza a to wywiesiłem. Bartoszek zaczął się kręcić koło tego prania. Pochwycił kilka ciuchów i zabrał je do kuchni. Patrzyłem na to z zaciekawieniem i zastanawiałem się, co też ta mała Mincia uczyni. A nasz kochany synek zrobił kilka kursów aby z powrotem wkładać ubrania do pralki!!! Pralkę już od dawna włącza i wyłącza (w najmniej odpowiednich momentach), może teraz to on zrobi pranie? Prasować też już umie… na sucho.

Skomentuj »

Spacerek z dreszczykiem

21.01.2008
Zostaliśmy w męskim gronie, ja i Bartoszek. Wstaliśmy sobie o 9:00, pohasaliśmy z rana, zjedliśmy winogrona, frytki i inne łakocie. Wybraliśmy się na spacer koło południa. Niestety, Niego przywitało nas rzewnymi łzami. Uzbroiłem dzieciunia w kapturek od ciepłego polarka i poszliśmy na podbój miasta. Następnie udaliśmy się do pobliskiego marketu, gdzie buzia się kiedyś wystraszyła szorowarki do podłóg.

Postanowiłem mu uprzyjemnić pobyt i wykupiłem 3 ‘jazdy’ z samochodzie-zabawce. Jest to samochód listonosza Pata i jego kota. Należy wrzucić monetę i dziecko siedzące w środku oddaje się przyjemnemu kołysaniu, może używać klaksonu i innych dźwięków. Zaskoczeniem dla mnie była jego obojętna reakcja, Miał minę w stylu ‘Tata, to jest dla maluchów i mi się już znudziło’. I chciej tu zadowolić dziecko.

Jednak to był dopiero początek atrakcji, jakie Ziabka mi zaoferowała w tym sklepie. Najpierw zupełnie zignorował starszą dziewczynkę, chcącą bo zapoznać i dotknąć za rękę. On wolał zlustrować zawartość półki z nabiałem. Kiedy odszedłem na kilka metrów do przodu pomyślałem, że skłoni to Bartosza do dołączenia do mnie. Synek podbiegł z uśmiechem na buźce, trzymając w obu rękach butelki z mlekiem bananowym. Potem jeszcze kilka razy chciał coś zabrać z półki

Rozpierała go energia i nie dał mi spokojnie poczekać przy kasie. Postanowiłem znaleźć mu jakieś zajęcie. Wsadziłem go do wózka na kosze sklepowe, który był prawie pusty. Bartosz szybko się z niego wykaraskał i wtedy mu się to widocznie skojarzyło z jego wózkiem, ponieważ zaczął go pchać przed sobą po sklepie. Ja miałem za zadanie wbić pin przy kasie i kontrolować dzieciunia, aby nie wyjechał z tym wózkiem na zewnątrz. Prawie mu się udało.

Na całe szczęście był też głodny i dał się przekupić pyszną szyneczką. Ruszyliśmy w stronę domu, abym mógł go wsadzić w jego wózeczek i mieć serce lżejsze o jeden spory kamień. Jeździło sporo samochodów i było morko a dziecko jeszcze nie zawsze chodzi tak, jak my chcemy aby chadzał i w innych kierunkach. Kiedy jest w wózeczku, można się już zrelaksować. Poszliśmy do ulubionego Subwaya a ja zamówiłem sobie kanapkę dnia.

Wprawdzie Bartoszek miał do picia swoje mleko i jadł jeszcze szyneczkę, ale pewnie skusił go zapach świeżo przyrządzonej, pysznej kanapki i co chwila domagał się nowego kęsa. Następnie udaliśmy się karmić kaczuszki. Karmiłem ja, bo buziunia wciąż chciała zjadać suchy chlebek. Poza tym byłem zdziwiony, że nie miał ochoty sobie biegać. Ku mojemu zdziwieniu po prostu podszedł do wózeczka i załadował się w nim. Musiał się naprawdę solidnie najeść. Wróciliśmy do domu a on szybko zasnął.

Skomentuj »

Zabawna pieluszka/ wampirek

20.01.2008
Nie wiem dlaczego tak się dzieję. Od jakichś 2 dni, kiedy tylko zmieniam dzieciuniowi pieluszkę, ten zanosi się salwami śmiechu, tak jakbym go specjalnie łaskotał. Jego śmiech jest tak słodki i donośny, że czasem dokończenie zapinania nowej pieluszki zajmuje mi kilka minut. Bartunio nie omieszka też wywijać nogami jak dobrze wygimnastykowana sarna.


Poza tym, buziunia śmieje się bardzo często inie potrzebuje do tego specjalnego powodu ani okazji. Tak po prostu. Np. dzisiaj salwy śmiechu u Bartosza wywołała moja stopa w skarpetce. Chwytał za moje palce, wtedy ja kokieteryjnie robiłem ‘ał’. Mieliśmy obaj ubaw przez jakieś 10 minut.

Kolejnym rozśmieszaczem jest doniczka a raczej podstawka pod nią. Właściwie to woda w niej się znajdująca kusi dzieciunio do wkładania ta mączek i rozchlapywania jej po parapecie. To niemal tak samo intrygujące jak babranie soczku na stoliczku.

Spotkało mnie również coś strasznego. Teraz się nieco obawiam tulić Bartunia przed zaśnięciem. Otóż ta mała istota zachowała się bardzo nieelegancko. Kiedy, po wyczerpującym spacerku, dopiero o 17 kładłem go na drzemkę i przytulałem jeszcze przed snem, masując mu plecki, dzieciunio zrobiło coś niespodziewanego. Położył główkę na moim obojczyku i zaczął ślinić jak zwykle. Ale tym razem było inaczej niż zazwyczaj!

Dziecko wbiło we mnie zwoje ząbki i to dosyć mocno. Kiedy go strofowałem, że to bardzo nieładnie i przecież nie gryzie sie ręki (obojczyka), która żywi i broni, Bartuń tylko zanosił się głośnym śmiechem i próbował powtórzyć swój wyczyn. Powtórzył… kilka godzin później przy kładzeniu go na noc. Miałem na sobie 2 koszulki, ale chyba sprawie sobie skórzaną kamizelkę albo kuloodporną.

Skomentuj »

samoobsługa / tańce Bartoszka

18.01.2008

Bartoszek ostatnio lubi pić soki ze szklaneczki. Nie wiem czy dlatego, że jest spragniony, czy też dlatego, że fascynuje go samo picie soku i to, jak przelewam go z kartonu do szklanki. Dzisiaj jednak Synuś wyjątkowo upodobał sobie ten rodzaj napoju, i głównie nim żył od samego rana.

W pewnym momencie wyszłam po coś do drugiego pokoju zostawiając Buziunię wpatrzoną w Reksia. Po paru dosłownie minutach usłyszałam podejrzane odgłosy, weszłam więc sprawdzić na jaki nowy pomysł wpadł Bartuś.

Okazało się, że Żabcia chyba znów poczuła sie spragniona. Na jego szczęście w kuchni na stole był karton soku(zakręcony) i dość wysoka szklanka. Bartoszek jakoś odkręcił sok i przelewał go do szklanki. Musiał przy tym stać na palcach, bo nie dość, że stół, to i szklanka była wysoka. Mimo to dzielnie nalewał sok, nie bacząc, ile trafia do szklanki a ile na blat i na podłogę. Kiedy weszłam prawie cały karton był pusty tj. pół szklaneczki zapełnione, reszta na stole lub podłodze. Jednak uśmiech i dumna minka z jaką mnie przywitał były tak rozbrajające, że nie mogłam się nawet na niego złościć.

Dziecko zbudziło się z dłuższej  drzemki, ale nie wykazywało szczególnej pasji do jedzenia.  Synuś chciał skakać, biegać, piszczeć i sie śmiać. Podstawił sobie pieluszki pod lustro, wdrapał się na nie i po chwili z zaciekawieniem wpatrywał się w odbicie swoich ślicznych oczek. Przy okazji miał okazje podziwiać kolejne niezwykłe dla niego zjawisko – parę na szklę, spowodowaną jego miarowym oddechem.

Ale clue programu miało dopiero nastąpić. Otóż znudzony już zabawa z pieluszkami, zaczał grzebać w koszu na bieliznę, którego mu używamy aby składować jego zabawki. Z opakowania wyciągnął jedną chusteczkę do wycierania i rozłożył ją starannie na wykładzinie. Kilka razy ją przydepną i skakał po niej, co dało mu nieopisaną frajdę. Potem to powtórzył i znów się zaśmiał w głos, swoim kochanym i jedynym w świecie śmiechem. Miał gotową frajdę na następne kilka minut. Przerwałem mu dopiero, kiedy powyciągał już z 5-6 chusteczek i zaczął po nich skakać, śmiejąc się do rozpuku.

Postanowiłem przeszkodzić w robieniu bałaganu, ale nie w tańcu. Zainicjowałem taniec w kółeczko na melodię, która działa na niego jak zaproszenie do pląsów. Nie był zbyt entuzjastycznie nastawiony i zaczął mnie ciągnąć za ręce. Okazało się, że buziunia chciała tańcować na płaskim i twardym parkiecie w kuchni. Jednak dzieci wiedzą lepiej…

Skomentuj »

owocny dzień

16.01.2008

Nie wiem gdzie i kiedy ale Bartoszek nabawił się kataru. Cały dzień toczyłam wiec z nim walkę: a to o kropelki do nosa których nienawidzi, a to o maść majerankową którą uparcie ścierał z noska no i oczywiście o wycieranie samego noska.

Samo wycieranie niewiele pomagało więc starałam sie mu pokazać jak wydmuchać nos. Demonstrowałam, prychałam, potem przystawiałam Żabce chusteczkę do nosa a ten oczywiście śmiał sie z moich pokazów a jak przyszła jego kolej uciekała z piskiem i noska nie chciał wydmuchać. Poddałam się więc, bo uznałam, że skoro ta,k to widocznie jest na wydmuchiwanie noska za mały.

Popołudniu zadzwoniłam do Babci i ucięłam sobie z nią krótką pogawędkę, która dla Bartusia i tak była za długa. Zamienił z Babcią kilka słów i poszedł sie bawić swoimi zabawkami. W pewnym momencie zauważyłam, że szkrabik dopadł paczkę swoich nawilżonych chusteczek do wycierania. Myślałam, że znów ma zamiar zająć się wyjmowaniem ich z opakowania i rozrzucaniem po domu. Tymczasem Buziunia wyjęła dwie i ku mojemu zdziwieniu w jedną wydmuchał nosek, trochę jeszcze nieporadnie ale zupełnie samodzielnie i z własnej inicjatywy :D

Wieczorem, kiedy Tatunio wrócił z pacy przyszła pora na późny obiad. Zasiedliśmy wszyscy troje-my przy stole, Bartoszek w swoim specjalnym krzesełku-i zaczęliśmy posiłek. Dla zabawy dałam dzieciunowi tym razem dla odmiany prawdziwy ”dorosły” metalowy widelec. Jak dotąd miał on swoją plastykową łyżeczkę, czasami plastykowy widelec ale i tak zwykł jadać paluszkami. Tego dnia nas zaskoczył. Przez jakiś czas próbował nabić ziemniaczki na widelec z marnym skutkiem, jednak po chwili doszedł do wprawy. Kiedy my już niemal skończyliśmy, Bartuś ciągle walczył ze swoim jedzonkiem głośno protestując gdy próbowaliśmy go karmić. Aż….nadeszła wiekopomna chwila kiedy to Bartoszek po raz pierwszy trafił z pełnym widelcem do buzi i zjadł kawał ziemniaczka jak cywilizowany człowiek. Na jednym razie sie nie skończyło. Synuś zachęcony sukcesem zjadł prawie CAŁĄ zawartość miseczki samodzielnie.

Podziwu godne było nie tylko to, że zjadł sam widelcem ale i to, że zjadł prawie wszystko :D

Skomentuj »

pazerny kolega i szokująca szorowarka

13.01.2008

Z samego rana Bartoszek był już gotowy do dzikiej zabawy. Postanowiłam więc zabrać go z sobą do kościoła, żeby Tatunio mógł sobie trochę jeszcze pospać, no i żeby synuś się trochę wyszalał.

Oprócz wielkiego buntu w momencie wkładania go do wózka Bartoszek był jednak nadzwyczaj spokojny. W kościele jak zwykle zasiedliśmy w małym pomieszczeniu przeznaczonym dla rodziców z dziećmi. Jest tam trochę książeczek, kolorowe rysunki dziecięce i wyklejanki na ścianach. Byliśmy lekko spóźnieni, ale nie ostatni. Rozebrałam Bartoszka z kurtki (było strasznie gorąco)i oczekiwałam, że w tym samym momencie zacznie jak zwykle szaleć, tj. wspinać się na krzesła, wyjmować książeczki z półek, rzucać czym popadnie ale…mój synek mnie zaskoczył. Wspiął się na krzesło obok mnie i siedział spokojnie rozglądając się dookoła.

Po jakimś czasie w małej salce zebrało się jeszcze więcej dzieci z rodzicami. Obok nas zasiadła pewna pani, która posadziła swojego synka na krześle po mojej prawej stronie. Chłopczyk ten (czarnoskóry) wzbudził zainteresowanie buziuni (i wzajemnie). ”Kolega” prawdopodobnie dlatego wydał się Dzieciuniowi tak interesujący, że był bardzo kolorowo ubrany. Bartuś przyglądał się mu dobrych kilka minut. Po pewnym czasie stwierdził jednak, że czas na rekonesans. Zsunął sie zwinnie z krzesełka, przejrzał książeczki na półkach, wybrał jedną małą z twardymi stronami i ruszył poznawać resztę potencjalnych towarzyszy zabawy. Z przodu, tuż przed nami siedział Maciek (dokładnie w wieku Bartoszka) z siostrzyczką Kingą, dzieci znajomej którą poznałam w bibliotece kilka tygodni temu.

Maciek wydał mu się dość interesujący głównie ze względu na to, że miał z sobą swoją własną lokomotywę(!) no i siedział na zupełnie innym krześle, przy jedynym stoliku który tam był. Bartoszek obszedł chłopca dokoła już już chciał go strącać z krzesełka ale zauważył, że Maciek nie bawi się swoją lokomotywą więc uznał, że może sobie ją pożyczyć. Mama Maćka uśmiechem chyba wyraziła na to zgodę więc szczęśliwa Buziunia wracała z ”łowów”na swoje krzesełko. Nie posiedział tam jednak długo zwabiony figlarnym wzrokiem ciemnoskórego, kolorowo ubranego chłopca który siedział tuż obok mnie. No i zaczęła się zabawa. Nasz synek dał mu książkę, którą potem chciał wymienić za lokomotywę Maćka, transakcja jednak się nie udała, bo chłopiec sobie ją przywłaszczył. Bartoszek przyniósł więc kolejną książkę, której tamten również nie zamierzał oddać. Dziwne, że Dzieciunio tym razem nie wyrywało chłopcu rzeczy, tylko zwyczajnie chciał się wymienić. Zawiedziony jednak tym, że nie mógł nijak dojść z chłopcem do porozumienia oddał mu książkę i lokomotywę i usiadł znudzony. Wtedy z kolei ów pazerny kolega zaczął zabiegać o uwagę Bartoszka, jednak ten postanowił mu dać nauczkę i nie zwracać na niego uwagi. Po paru minutach zaś Dzieciunio ruszyło w inne rejony sali, co jakiś czas rzucał przelotny uśmiech chłopcu, który patrzył zawiedziony stratą kompana do zabawy.


Pospacerowaliśmy sobie z dzieciuniem dobre 2 godziny. Przeszliśmy spory obszar dookoła Buckingham w godzinach 14-16. Było dosyć wietrznie, ale szczęśliwie nie padało. Bartosz prezentował się bardzo szykownie w popielatej szapce, bordowej, polarowej kurtce, błękitnych jeansach oraz purpurowych butkach (Wszystko to kupiła Mama). Starsze panie były zachwycone tym modnym dżentelmenem.

I znów zajmował się bankomatem, ale tylko przez chwilę. Następnie udaliśmy się do pobliskiego marketu ‘Badgens’. Dziecko z miejsca zabrało się do plądrowania półek. Próbował podnosić duże butelki mleka (4pints czyli ponad 2litry), następnie litrowe a potem soki. Odbiegł kilka metrów do przodu korytarzem i myślałem, że znów sobie coś znajdzie, ale stało sie coś nieoczekiwanego.

Bartosz energicznie podbiegł do mnie, przytulił sie do moich nóg i spojrzał w górę z wyciągniętymi rękami. Chciał iść na ręce. Skąd ten nagły przypływ czułości? Przez chwilę naiwnie pomyślałem, że dzieciunio się stęskniło i pomyślało, iż tato je bardzo lubi przytulać. Łudziłem się, że dał mi chwilę wytchnienia po ganianiu go po sklepie. Ale przyczyna tej zmianiy w jego zachowaniu okazała się przyziemna (a nawet przypodłogowa).

Już po paru sekundach ujżałem tę przyczynę. Zauważyłem znajomego Malezyjczyka, który był operatorem maszyn do czyszczenia podłóg w Tesco i Badgens. Za każdym razem, kiedy dziecko zauważy tę maszynę, ucieka z płaczem i chroni się w ramionach taty przed jej straszliwymi szczotkami. Tak było i tym razem. Specjalnie więc podchodziłem blisko tej maszyny, aby Bartunio mnie mocno ściskało za szyję. W internecie wyszukałem, że ta maszyna nazywa się szorowarka

Następnie przeszliśmy koło parczku przez mostek, pohuśtaliśmy się do woli i kierowaliśmy się już powoli w stronę domu. Chciałem dzieciunia jak najbardziej zmęczyć, aby się porządnie wyspał i dał odpocząć Mamie. Podeszliśmy wreszcie pod Hamilton House (gdzie pracuje Mama) i dziecko zajęło sie klamką od drzwi oraz tuptaniem na schodkach.

W pewnym momencie drzwi się otworzyły i buziunia stała już w przedsionku. Jakaś starsza pani chciała akurat wyjść i zwolniła elektryczna blokadę drzwi od wewnątrz. Dzieciunio najpierw zaniemówił, następnie zaczął popiskiwać i czym przędzej wybiegł na zewnątrz, odwrócił się i patrzył nieufnie na osobę, która przerwała mu zabawę. Oczywiście miła pani skomplementowała jego ubiór oraz zacięcie do otwierania drzwi.

Skomentuj »

Powódź, Subway i bankomat

12.01.2008
Poniżej widok na rzeźbę z parku, gdzie zwykle karmimy kaczki, kanapka z Subway’a oraz bankomat.

1Powódź

Poszliśmy z Bartuniem nas rzeczkę, aby nakarmić kaczki. Byliśmy zaopatrzeni w spory zapas starego chleba, dobre chęci i niespożyte siły (to głównie dzieciunio). Jakie było moje zdziwienie, kiedy zbliżając się do ławek, zauważyłem, że spokojna zazwyczaj rzeczka, wylała i jej wody wezbrały. Oczywiście buzia musiała osobiście przekonać się, że mowa jest mokra a spodnie przemakalne. Uwielbia to robić z kałużami, więc czemu miałby odpuścić wezbranej rzece?

Więcej zdjęć >>tutaj<<

2Subway

Wieczorem zakupiłem Mamie wielka kanapkę aby mogła się porządnie najeść a wcześniej odwiedzieliśmy to miejsce z dzieckiem. Zamierzałem się tam z nim stołować, lecz nie mieli zapinanych siedzeń dla dzieci (które by mi dały nieco wytchnienia) dlatego zrezygnowałem z tego zamiaru. Za to Bartosz ochoczo siłował się z drzwiami wejściowymi do tej jadłodajni i koniecznie chciał otwierać szafki z pojemnikiem na śmieci. Robił to kilka razy, aż straciłem cierpliwość i go zabrałem stamtąd.

3Bankomat

Staje się on obiektem jego nieustannych ‘ataków’, prawie tak pożądanym jak każde drzwi czy furtki. Widział kilka razy jak wybieram pieniądze i coś tam wystukuje palcami i teraz za wszelką cenę stara się robić to samo. Z własnej woli nie pozwoliłby ludziom korzystać z tego urządzenia, bez odciągania go siłą. Raz tylko swoją uwagę dzielił między ‘dłubaniem’ w bankomacie a zaczepianiem pieska Pani, która akurat wybierała pieniądze.

Ale popis swojej siły ‘perswazji’ dał dopiero, kiedy pieniądze zamierzał inkasować jeden Pan z dwoma młodymi chłopcami, na oko 3 i 5 lat. Ich ojciec podszedł do monitora, włożył kartę i wbijał pin. Jego starszy syn stanął przy nim po lewej a młodszy z tyłu. Bartosz też stał po lewej, tuż przy tym starszym chłopcu i nieufnie przyglądał się bezczeszczeniu jego nowej zabawki.

Tego było już za wiele i postanowił przepędzić intruzów. Zaparł się nogami a otwartą dłonią zaczął z całej chwili pchać plecy starszego chłopca. Ten nie zwracał na to uwagi, ale jego młodszy brat tak i chciał mu jakoś pomóc w tej ‘opresji’. Chciał złapać Bartunia za dłoń, ale ten się wyrwał i to on próbował poszarpać jego rękaw. Ledwo powstrzymywałem się od śmiechu i starałem się zachować powagę oraz strofować mincię z powodu tego karygodnego zachowania.

Ale z 2 powodów tego nie zrobiłem. Upór dzieciunia wyglądał niezwykle zabawnie a jego nieustępliwość i brak bojaźliwości względem starszych dzieci bardzo mu się przyda w późniejszym życiu. Łatwiej jest utemperować małego łobuza niż rozruszać zahukanego i bojaźliwego chłopca.

Skomentuj »

Tumblers

05.01.2008
Zaplanowana wyprawa do centrum zabaw, odbyła się. Było to najciekawsze wydarzenie dnia. Nie było specjalnie ciepło, dlatego Bartunio wyszedł na dwór dopiero o 15 i to od razu ‘na Tumblersy’. Jest to spora hala oddalona jakieś 200 metrów od naszego mieszkania, więc nie był to długi spacer.

Byliśmy tam wcześniej już parę razy i dzieciuniu bardzo się to podobało. Tym razem zaskoczyła nas frekwencja – tłumy dzieci oraz dorosłych. Chcieliśmy sobie oboje odpocząć trochę na kanapie, ale ogólny krzyk, pisk i hałas sprawiły, że poczułem się przytłoczony. Na początku ja robiłem zdjęcia a Edytka próbowała łapać Bartosza w labiryncie tuneli i wymyślnych przeszkód. Potem zmieniliśmy się i Mama mogła sobie wypić kawę.

Ja zamówiłem Coca-Colę, która nie ożywiła mnie, lecz zemdliła, ale wracajmy do naszej buziunii. Obawialiśmy się nieco o jego relacje z innymi dziećmi. Był chyba najmłodszym i jednym z najmniejszych, ale nie oznacza to, że pozwolił sobą pomiatać. Kiedy starszy chłopiec próbował zając sie samochodem, który sobie Bartosz upatrzył, zaczął on zdecydowanie i nieustępliwie ciągnąć go w swoją stronę. Robił to tak długo, aż tamten zrezygnował.

Po około 2 godzinach reszta dzieci poszła na przyjęcie urodzinowe jednego z nich i mieliśmy całe tunele dla siebie. Bartuń był już jednak zmęczony i marudny, dlatego zebraliśmy się już do domu. W domu to my porobiliśmy sobie zdjęcia.

Poniżej widoczny jest film z naszej wyprawy.

Skomentuj »

Heidi

04.01.08

Szkrabik brykał od samego rana, ”pomagał” w sprzątaniu, a ze szczególną pasją zajął się obrusem, który zdejmował ze stołu ilekroć tylko wyszłam z pokoju lub odwróciłam się do niego plecami.

Tego dnia Bartoszek przyjmował gości. W odwiedziny przyszła Heidi ze swoją mamą Aldoną. Rozbrykany Bartoszek na widok gości troszkę jakby się uspokoił, jednak były to tylko pozory. Zamiast biegać dokoła z wrzaskiem brojąc co raz to coś nowego, zaczął chodzić wokół małego gościa powoli, patrząc bardzo podejrzliwie. Tej nieufności nie wyzbył się już do końca wizyty. Najbardziej chyba przejął się tym, że Heidi bawi się troszkę jego zabawkami:)

Wszystko niby było dobrze, jak zwykle próbował podprowadzić kubki z kawą, wcinał ciasteczka, a nawet CHCIAł  JĄ POCAłOWAĆ!!! tak, jak to nam czasami daje buzi. Kiedy jednak po raz kolejny zobaczył którąś ze ‘’swoich” zabawek w rączkach dziewczynki, zaczął jej delikatnie wyrywać niektóre rzeczy. Nie obyło się więc bez mojej interwencji. Jednak znaleźli wspólną pasję, była nią oczywiście …pralka i jej drzwiczki. Goście po pary godzinkach poszli na obiad do domu, a my z Bartusiem zabraliśmy się za gotowanie obiadu dla Taty.

Kiedy Tato wrócił, dzieciuń właściwie był już gotowy do popołudniowej drzemki, jeszcze tylko chciał się nacieszyć powrotem i krótka zabawą z Tatuniem. Znów się troszkę rozbrykał, kręcił się też tajemniczo wokół stołu, na którym był tylko półmisek ze słodyczami. Po paru minutach zorientowaliśmy się, że Bartuś coś przeżuwa. W głowach miałam już najczarniejsze scenariusze (śrubka, szkło, pestka, gumka do mazania, gumka z balonika albo coś nawet gorszego).

Na szczęście tuż pod fotelikiem znaleźliśmy ślady zbrodni w postaci sreberka i… połówki karmelkowego (na szczęście bardzo miękkiego) cukierka. Szkrabik odpakował wszystko ładnie z papierka i wsadził sobie do buzi jak należy – tylko my nie wiedzieliśmy kiedy.

Komentarze: (1) »