Archiwum dla luty, 2008

Huśtawka… i nie tylko

 25.02.2008
Tego dnia wybrałam się z Bartoszkiem m.in. na plac zabaw. Od jakiegoś czasu synuś pała wielką miłością do huśtawek, do tego stopnia, że mnie czasami już bolą ręce od bujania go. Mijało pół godziny, czasami nawet więcej(!) a Buziunia dalej z uśmiechem zażywała rozkoszy, nie bacząc że jest coraz wyżej i wyżej. Tym razem nie było inaczej, po jakichś 15 minutach pojawiła się współtowarzyszka zabawy, sporo starsza od Bartusia, (na oko jakies 4 latka). Zachęcona rozanieloną miną naszego szkraba usilnie prosiła mamę, żeby i ta pozwoliła jej się pobawić na huśtawce. Okazało sie jednak, że Bartuś jest wprawionym ”huśtawkowym” zawodnikiem. To, co u niego wywoływało tylko piski radości i salwy śmiechu było zbyt przerażające dla dziewczynki. Dopiero wtedy zorientowałam się, że huśtam Bartoszka całkiem wysoko. Współtowarzyszka zabawy chyba poczuła się lekko skompromitowana swoim strachem bo szybko zmieniła zabawkę.

Żabcia długo jeszcze kontynuowała bujanie, ale przyszedł w końcu moment, kiedy wyciągnął do mnie rączki z wyraźnym poleceniem wyjęcia go: ”mhhmhh mama”:)

No i wtedy się zaczęło. Bartoszek odkrył, ze na placu zabaw są aż trzy (a nie tylko jedna, którą znał dotychczas) zjeżdżalnie. Ponieważ dzień wcześniej padało musiałam szybko wycierać metalową powierzchnię zabawki zanim Buziunia zjechał na dół. Problem w tym, że wycierając jedną zjeżdżalnie zużyłam większość chusteczek a Bartuś ani myślał ograniczyć sie do jednej. Wymyślił sobie, że najciekawiej będzie zjechać z jednej dwa lub trzy razy a potem dalejże na następną i tak w kółko. Nasze zawody sportowe wygladały tak, że Szkrabik starał się jak najszybciej wyjść i zjechać, a ja starałam się go ubiec i wysuszyć zjeżdżalnię. W trakcie tych kilku rundek okazało się, że synuś świetnie sobie radzi ze wspinaniem po drabinie zrobionej z lin, biega po wysokich stopniach, i innych przeszkodach dostosowanych znacznie starszych ”zawodników”. Tym razem-o dziwo- Bartuś po raz pierwszy nie protestował kiedy wychodziliśmy z placu zabaw bo chyba spędziliśmy tam ponad dwie godziny!!

Skomentuj »

Dziób pingwina

23.02.21
Około południa wybraliśmy się na spacer. W sobotę, jak każdego tygodnia był targ, dlatego uzupełniłem nasze zapasy o świeże warzywa. Przy okazji mogliśmy też podziwiać różne przedmioty wystawione przez ludzi prywatnych. Była tak zbiórka pieniędzy na jakąś organizację charytatywną, połączona ze sprzedażą zabawek. Spodobał mi się jeden pingwin. Dokładnie go obejrzałem z każdej strony, po czym przekonany co do słuszności zakupu, spytałem o cenę.

Co usłyszałem? Nic. No właśnie: nic! Zupełnie nic. Zero – nul. Upewniłem się jeszcze czy to aby nie moja wyobraźnia i serdecznie podziękowałem tym miłym ludziom. To już druga zabawka jaką udało się Bartoszkowi otrzymać za darmo. Ostatnio stał się posiadaczem uroczego misia tylko dlatego, iż upadł na żwir i rzewnie płakał.

Zaszliśmy również do kilku sklepów ‘charity’ (są nowe i używane rzeczy a dochód przeznaczony jest na pomoc np. ludziom w Afryce, badaniom lekarstwa na raka itp.). Na eksponowanym miejscu stała zabawkowa szafka nocna z krzesełkiem. Dzieciunio czym prędzej zajęło na niej miejsce, zaczęło bawić się lusterkiem i otwierać szufladki. Chwycił plastykową maszynkę do włosów i jeździł sobie po głowie. To samo uczynił z ’suszarką do włosów’. Widać było, że czuł się jak rasowa stylistka w swoim salonie. Na szczęście nie płakał, kiedy wychodziliśmy ze sklepu.

A oto śliczne zdjęcie Bartunia w jego szlafroczku:

Skomentuj »

Przychodzi Bartosz do lekarza…

22,02.2008
Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu, dlatego przybliżę teraz pokrótce wydarzenia ostatnich dni:

samochód listonosza Pata
To już stały punkt programu, jeśli chodzi o wizytę w markecie Budgens. Rozpędzone dziecko wpada do środka przez drzwi wejściowe i niczym nietoperze, łososie albo gęsi, intuicyjnie kieruje się do tego samochodu. Podobnie było pewnego dnia. Bartoszek energicznie przebiegł przez próg, minął wózki z koszykami (te same, którymi kiedyś już ,kierował’) przebiegł koło stoiska z gazetami, skręcił w lewo i prawo i… spotkał go zawód niczym bezrobotnego w urzędzie pracy!

Okazało się, że w samochodzie Pata siedzi już jakiś chłopczyk i bezczelnie ‘zażywa przejażdżki’. Jak on w ogóle śmiał wejść do samochodu Dzieciunia? Bardzo się to buziuni nie spodobało. Dopadł do, Bogu ducha winnego malca i zaczął go szarpać za rękę. Piszczał przy tym, skrzywił usta w bolesnym grymasie oraz tupał. Uspokoiłem go, lecz jego ‘ofiara’ miała dobrze zakorzeniony instynkt przetrwania, ponieważ natychmiast się ulotnił i schronił przy swojej mamie. A Bartoszek siedział i wzrokiem (oraz piskiem) domagał się uruchomienia pojazdu. Wrzuciłem monetę. Wcisnąłem ’start’. Zaskakująco jednak Dzieciunio nie przejawiało żadnych oznak zadowolenia. Siedział, patrzył się na mnie, potem na przyciski. Apatycznie doczekał tak do końca jazdy. Pewnie uznał ten samochód za ‘zhańbiony’ i przestał go cieszyć.

garaż pod krzesełkiem
To niewiarygodne, ale Bartosz usiłował przejechać swoim samochodzikiem pod krzesełkiem (tym, na którym je i z którego rozrzuca jedzenie po kuchni oraz tym samym, na które sie wdrapuje). Nie tylko to, ale próbuje się podciągać na rurkach jak atleta! Podziwialiśmy z Mamą te wyczyny, nie mogąc wyjść z podziwu. Wyglądało to przezabawnie. Szczególnie, kiedy się zaklinował i Mama pomogła wyjmując wystający element samochodu.

masło na swoje miejsce
Pisałem już, jak Bartosz potrafi brać rzeczy ze sklepowych półek, po czym bezbłędnie je odkłada na półki. Tym razem uczynił coś podobnego w domu. Udało mu się otworzyć lodówkę (nie po raz pierwszy zresztą), wyciągnąć z niej margarynę i położyć ją na stole. Po srogiej minie i słowach dezaprobaty ze strony Mamy, Bartunio poznał, że znów zrobił coś ‘bee’. Dlatego pochwycił czym prędzej ową substancję do smarowania chleba, znów otworzył lodówkę, wsadził margarynę z powrotem, zamknął drzwi i zaśmiał się słodko.

kołdry oraz pranie
Kiedy dziecko jest znudzone, rozszalałe oraz po prostu chciałby jakoś urozmaicić nam te słodkie chwilę spokoju, (niezmącone główkowaniem ‘co zaraz rozwali Bartosz?’ ani bieganiem za nim) wtedy postanawia działać. Jest na tyle silny, że potrafi przywlec nawet dwie kołdry z sypialni! Po zniesieniu ich, rzuca się na nie i zagrzebuje się w ich czeluściach. Razem z Mamą często go w nich kołyszemy, sprawiając Buziuni nieopisana radość.

Inną ‘odwieczną zabawką’ dziecka jest pralka. Biedna Mama zdążyła się już przyzwyczaić do jego majstrowania przy niej. Potrafi bawić się drzwiczkami, wyrzucać z niej pranie czy wrzucać swoje maskotki do środka. Ostatnio zezłościł Mamusie poprzez parokrotne wyłączenia prania. Kiedy okazało się, że zrozumiał swoje złe zachowanie, błyskawicznie podbiegł i zrobił to ponownie. Zanim któreś z nas, zmęczone już upominaniem maluszka, zdążyło coś powiedzieć, On szybko podbiegł i włączył ją z powrotem jak gdyby nigdy nic. Potem roześmiał się zawadiacko.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Przejdźmy zatem do opisu wizyty u lekarza. Około godziny 17 zjawiliśmy się w przychodni i zgłosiłem nasze przybycie w recepcji. Pani poprosiła nas o zajęcie miejsc, co też uczyniliśmy. Bartosz usiadł sobie grzecznie na dorosłym krześle. Podałem mu książki dla dzieci, jednak on po chwili wolał bieganie po poczekalni oraz starał się bez czekania dostać do gabinetu. Na szczęście przyszła już nasza kolej, gdyż męczyło mnie ciągłe ‘latanie’ za nim.

Weszliśmy do pokoju Dr Harringtona. Nie przepadamy za nim, ponieważ to znana ’sknera’. Bartosz chyba podświadomie wyczuwa nasze antypatie ponieważ zaraz po wejściu postanowił uciekać. Kiedy ewakuacja nie doszła do skutku, zdecydował się schronić w – zawsze chętnych do przytulania synka – ramionach taty. Nie pogobły nawet moje próby zainteresowania go zabawkami. Warzyć też się nie chciał. Uciekał nóżkami z wagi, jak gdyby była płonąca. Kiedy lekarz badał mu płuca, Bartunio zainteresował się pomarańczowym krążkiem z lekarskiej torby. Bawił się nim chwilę dopóty, dopóki nie podszedł do pana doktora, coś tam wymamrotał, i wyciągnął rękę z wystawionym przedmiotem. Tak to grzecznie oddał swoją, tymczasową zabawkę.

Dostał syrop na nosek, i tylko lekkie zapalenie zatok go niepokoi. Za kilka dni będzie już zupełnie zdrowy.

Skomentuj »

Układanka

12.02.2008
Ten wieczór był nasz (mój i dziecka). Bawiliśmy się w rożne gry, karmiliśmy się i ścinaliśmy włosy. Najpierw ja poddałem się ostrzu nr.5 o długości 19mm. Potem poprawiłem na 16mm. Wreszcie Bartosz zasiadł w swoim słynnym, wielokrotnie wspomnianym, wysłużonym krzesełku i niepewnie patrzył na moją dłoń trzymającą maszynkę, która po cichu lecz złowrogo warczała. Na początku patrzył nieufnie na to wszystko ale pozwolił się ‘ściąć’. Po kilku minutach jednak zaczął jęczeć i marudzić, więc ukróciłem jego cierpienia i poszliśmy obaj brać prysznic.

Potem zaczęliśmy się bawić w pokoju. I tu wielkie zaskoczenie. Tego dnia kupiłem do jedzenia m.in. puszkę z tuńczykiem. Oczywiście dzieciunio od razu zainteresowało się tym przedmiotem. Położył puszkę na stoliczku i zaczął ją podnosić do góry a potem opuszczać. Potem zrobił coś jeszcze dziwniejszego. Na puszcze położył płytę cd a na płycie dezodorant! Robił to ze skupieniem przewyższającym to towarzyszące oglądaniu ‘Reksia’. Potem zdjął dezodorant z tej ‘wieży’ i zdjął płytę. Wtedy ja ustawiłem budowle z powrotem. Bartoszkowi bardzo się to spodobało i wydało zabawne. Potem zmienialiśmy konfigurację jeszcze kilka razy.

Skomentuj »

Mleczne bitwy

10.02.2008

Okazało się, że dziecko ma jednak nieobliczalny charakter. Jego zacięcie czasem mnie przeraża. Wydarzenia, które za chwilę przedstawię mrożą krew w żyłach.

Zaczęło się całkiem normalnie. Poszliśmy do małego Tesco aby kupić soki, mleko i jedzenie dla Mamy. Od razu uwagę dziecka zwrócił młody chłopiec (około 12 lat) ubrany w fioletowe spodnie od dresu i bluzę. Wpatrywał się w niego wzrokiem bohatera westernu, stojącego oko z oko ze swoim rywalem. Bartunio stał jak zahipnotyzowany ze wzrokiem wbitym w owego nieszczęśnika.

Krążyliśmy po sklepie zbierając soki i inne produkty, mijając kilka razy tego chłopca. Za każdym razem Bartosz zatrzymywał się na chwilę, wbijał wzrok, podchodził… Na szczęście nie robił niczego. Pomagał mi ładować rzeczy do koszyczka, przez chwilę nawet go niósł. Jednak nie zapomniał o swoim ‘antagoniście’.

Podeszliśmy do lodówki z mlekiem i Dzieciunio chciało koniecznie wziąć jakieś z półki. Mniejsze butelki były poza jego zasięgiem a większych prawie nie było. Prawie czyniło wielką różnicę! Ostatnią dużą butelkę zabrał… chłopiec z fioletowych spodniach. I już wiedziałem, że szykuje się jakaś breweria. Chłopiec odszedł na kilka metrów, trzymając w ręku 2 litrową butlę. Bartosz odprowadził go wzrokiem, ale nie dał za wygraną. Pisnął kilka razy, zszedł ze stopnia lodówki i ruszył! Ruszył w kierunku ‘złodzieja mleka’ z piskiem na ustach. Podbiegł, chwycił butelkę i zaczął szarpać. Szarpał butelkę i pacną go po rękach, cały czas jęcząc i piszcząc. Odciągałem go, ale niezbyt zdecydowanie, gdyż starałem się powstrzymać od śmiechu. Po kilku sekundach udało się ich rozdzielić. Kiedyś baliśmy się o niego kiedy bawił się w innymi dziećmi. Teraz boimy się o inne dzieci.

Skomentuj »

Wiosna panie Bartoszku!

10.02.2008
Edycia miała świetny pomysł aby udać się dziś na spacer do Stowe. Rano się trochę zasiedzieliśmy, ale po drzemce Bartoszka, około 15 wyruszyliśmy. Zaopatrzyliśmy się w owoce i picie oraz aparat (zobaczycie, że było warto go zabrać) i powoli kroczyliśmy w kierunku ogrodów Stowe. Bartosz nie chciał za bardzo iść więc na zmianę go nieśliśmy a drugie pchało wózek.

Ledwie przekroczyliśmy bramę Buckingham, pozwoliłem Dzieciuniu pohasać. Widać było, że jest pełen energii i chce szaleć. Nie miał ochoty iść dróżką tylko buszować w trawie. Trochę szedł i pchał wózek, po czym znów leciał wysoką, podmokłą trawę. Kiedy chciał iść na ręce Mamy, strasznie się miotał tak, że zabrudził śliczne, jasne spodnie Mamusi. Włożony na siłę do wózka trochę poprychał, a następnie wypił mleczko i jadł mandarynki. Zaczął zdejmować buty, potem skarpetki, więc jechał boso.

A my, w przerwach miedzy użeraniem się z Bartoszkiem, podziwialiśmy przyrodę, chłonęliśmy słońce oraz robiliśmy zdjęcia. Oto one:

>>>więcej zdjęć<<<



>>>więcej zdjęć<<<

Skomentuj »

Utarty nosek-Bartoszek

07.02.2008
Kilka dni nie pisaliśmy a wydarzyło się sporo. Dzieciunio nauczyło się kilku nieprawdopodobnych i przerażających czynności. Ale po kolei.

lustereczko
Zaczęło się od wchodzenia na paczkę pieluch, która leżała tuż pod lustrem. Oczywiście nie mogło to umknąć uwadze, czujnego niczym Hunowie (jeśli chodzi o przedmioty do potencjalnego zniszczenia, zabrudzenia, bądź uszkodzenia) Bartunia. Buzia weszła na opakowanie, pomyślała chwilę i popatrzyła z zafrapowaniem na swoje odbicie. Trwał tak przez chwilę, po czym wystawił język. Przedrzeźniał się chwilę ze sobą, następnie polizał lustro. Spodobało mu się bardzo, bo robił miny, wykrzywiał się do lusterka oraz śmiał przy tym. Robi to niemal codziennie.

sokowirówka
Kupiłem ją niedawno aby dostarczyć nam wszystkim zdrowych, świeżych soczków oraz surówek. Przy okazji mieliśmy gotowy materiał na maseczki. Od początku dziecku nie spodobał sie jej donośny warkot, jednak niewyczerpany pokłady jego ciekawości sprawiły, że próbował ją przy każdej okazji zbadać. Kiedy byliśmy sami i ścierałem ziemniaki na placki, nie dał mi chwili spokojnie operować, tylko domagał się wciąż, abym go brał na ręce. Ścierałem jedną ręką, drugą trzymając kochanego synka. Na szczęście polubił świeży sok marchewkowy, który pił bez ociągania.

wspinaczka na fotelik
Wspomniałem już, że Bartosz upodobał sobie wchodzenie na swoje dziecięce krzesełko. W ciągu kilku sekund i wykonując parę szybkich ruchów, potrafi zasiąść na górze i próbować zapiąć sobie pasy! Parę razy się osunął i lekko poturbował, ale co to dla dzieciunia z takim charakterem. Absolutnie się tym nie zraził. Wciąż próbuje i raz za razem wchodzi do swojego fotelika.

Ostatnio wymyślił inną wariacje wspinaczki. Nie wystarczy się już wspiąć. Trzeba to zrobić szybko i tak, aby Mama i tata drżeli i dostawali palpitacji. Kiedy akurat krzesło jest blisko, Bartuniu na nie wchodzi i bawi się włącznikiem światła. Pół biedy, kiedy jest to dzień, ale wieczorem staje się to ryzykowne. I o to właśnie chodzi – zdaje się mówić jego uśmiechnięta buzia, kiedy się dumnie śmieje, wdrapawszy się znów na fotelik.

Jest jeszcze jeden powód. Zabawa w straszenie taty i okazja do przytulania. A wygląda to tak: Dzieciunio wspina się na krzesełko i na nim staje, ja dobiegam przerażony z okrzykiem, minka ma niezły ubaw i (jeżeli akurat nie bawi się światłem) wystawia rączki, dając sygnał do brania do ręce. Z boku wygląda to bardzo ryzykownie, ale sądzę że Bartuś wie co robi i nie stanie mu się nic złego (np. boi się schodzić ze schodów w jednym miejscu, uznając to pewnie za przekraczające jego możliwości) – co nie znaczy, że go nie asekuruje. Ta osobliwa zabawa sprawia mu dużą frajdę a mnie przyprawia o mimowolne odmawianie modlitw w jego intencji.

zlewozmywak
Kilka razy patrzył jak ja albo Mamusia szorowaliśmy naczynia w zlewie. Jest jeszcze za mały (pewnie jeszcze z pół roku) aby dostrzec co jest w środku, ale potrafi sobie przecież przysunąć krzesełko! Postawiwszy mebel blisko, wdrapuje się na niego, chwyta za talerze i symuluje zmywanie. Szkoda, że ja tego nie widziałem:(

suszarka do prania
Pozostawię to bez komentarza:

Skomentuj »