22,02.2008
Minęło trochę czasu od ostatniego wpisu, dlatego przybliżę teraz pokrótce wydarzenia ostatnich dni:
samochód listonosza Pata
To już stały punkt programu, jeśli chodzi o wizytę w markecie Budgens. Rozpędzone dziecko wpada do środka przez drzwi wejściowe i niczym nietoperze, łososie albo gęsi, intuicyjnie kieruje się do tego samochodu. Podobnie było pewnego dnia. Bartoszek energicznie przebiegł przez próg, minął wózki z koszykami (te same, którymi kiedyś już ,kierował’) przebiegł koło stoiska z gazetami, skręcił w lewo i prawo i… spotkał go zawód niczym bezrobotnego w urzędzie pracy!
Okazało się, że w samochodzie Pata siedzi już jakiś chłopczyk i bezczelnie ‘zażywa przejażdżki’. Jak on w ogóle śmiał wejść do samochodu Dzieciunia? Bardzo się to buziuni nie spodobało. Dopadł do, Bogu ducha winnego malca i zaczął go szarpać za rękę. Piszczał przy tym, skrzywił usta w bolesnym grymasie oraz tupał. Uspokoiłem go, lecz jego ‘ofiara’ miała dobrze zakorzeniony instynkt przetrwania, ponieważ natychmiast się ulotnił i schronił przy swojej mamie. A Bartoszek siedział i wzrokiem (oraz piskiem) domagał się uruchomienia pojazdu. Wrzuciłem monetę. Wcisnąłem ’start’. Zaskakująco jednak Dzieciunio nie przejawiało żadnych oznak zadowolenia. Siedział, patrzył się na mnie, potem na przyciski. Apatycznie doczekał tak do końca jazdy. Pewnie uznał ten samochód za ‘zhańbiony’ i przestał go cieszyć.
garaż pod krzesełkiem
To niewiarygodne, ale Bartosz usiłował przejechać swoim samochodzikiem pod krzesełkiem (tym, na którym je i z którego rozrzuca jedzenie po kuchni oraz tym samym, na które sie wdrapuje). Nie tylko to, ale próbuje się podciągać na rurkach jak atleta! Podziwialiśmy z Mamą te wyczyny, nie mogąc wyjść z podziwu. Wyglądało to przezabawnie. Szczególnie, kiedy się zaklinował i Mama pomogła wyjmując wystający element samochodu.
masło na swoje miejsce
Pisałem już, jak Bartosz potrafi brać rzeczy ze sklepowych półek, po czym bezbłędnie je odkłada na półki. Tym razem uczynił coś podobnego w domu. Udało mu się otworzyć lodówkę (nie po raz pierwszy zresztą), wyciągnąć z niej margarynę i położyć ją na stole. Po srogiej minie i słowach dezaprobaty ze strony Mamy, Bartunio poznał, że znów zrobił coś ‘bee’. Dlatego pochwycił czym prędzej ową substancję do smarowania chleba, znów otworzył lodówkę, wsadził margarynę z powrotem, zamknął drzwi i zaśmiał się słodko.
kołdry oraz pranie
Kiedy dziecko jest znudzone, rozszalałe oraz po prostu chciałby jakoś urozmaicić nam te słodkie chwilę spokoju, (niezmącone główkowaniem ‘co zaraz rozwali Bartosz?’ ani bieganiem za nim) wtedy postanawia działać. Jest na tyle silny, że potrafi przywlec nawet dwie kołdry z sypialni! Po zniesieniu ich, rzuca się na nie i zagrzebuje się w ich czeluściach. Razem z Mamą często go w nich kołyszemy, sprawiając Buziuni nieopisana radość.
Inną ‘odwieczną zabawką’ dziecka jest pralka. Biedna Mama zdążyła się już przyzwyczaić do jego majstrowania przy niej. Potrafi bawić się drzwiczkami, wyrzucać z niej pranie czy wrzucać swoje maskotki do środka. Ostatnio zezłościł Mamusie poprzez parokrotne wyłączenia prania. Kiedy okazało się, że zrozumiał swoje złe zachowanie, błyskawicznie podbiegł i zrobił to ponownie. Zanim któreś z nas, zmęczone już upominaniem maluszka, zdążyło coś powiedzieć, On szybko podbiegł i włączył ją z powrotem jak gdyby nigdy nic. Potem roześmiał się zawadiacko.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Przejdźmy zatem do opisu wizyty u lekarza. Około godziny 17 zjawiliśmy się w przychodni i zgłosiłem nasze przybycie w recepcji. Pani poprosiła nas o zajęcie miejsc, co też uczyniliśmy. Bartosz usiadł sobie grzecznie na dorosłym krześle. Podałem mu książki dla dzieci, jednak on po chwili wolał bieganie po poczekalni oraz starał się bez czekania dostać do gabinetu. Na szczęście przyszła już nasza kolej, gdyż męczyło mnie ciągłe ‘latanie’ za nim.
Weszliśmy do pokoju Dr Harringtona. Nie przepadamy za nim, ponieważ to znana ’sknera’. Bartosz chyba podświadomie wyczuwa nasze antypatie ponieważ zaraz po wejściu postanowił uciekać. Kiedy ewakuacja nie doszła do skutku, zdecydował się schronić w – zawsze chętnych do przytulania synka – ramionach taty. Nie pogobły nawet moje próby zainteresowania go zabawkami. Warzyć też się nie chciał. Uciekał nóżkami z wagi, jak gdyby była płonąca. Kiedy lekarz badał mu płuca, Bartunio zainteresował się pomarańczowym krążkiem z lekarskiej torby. Bawił się nim chwilę dopóty, dopóki nie podszedł do pana doktora, coś tam wymamrotał, i wyciągnął rękę z wystawionym przedmiotem. Tak to grzecznie oddał swoją, tymczasową zabawkę.
Dostał syrop na nosek, i tylko lekkie zapalenie zatok go niepokoi. Za kilka dni będzie już zupełnie zdrowy.