Archiwum dla marzec, 2008

dzień ”krwistej”wyprawy

27.03.2008

Dzisiejszy dzień od samego początku budził podejrzenia Buziuni, że kroi się coś niecodziennego i nie będzie to coś, czego on oczekuje. Z samego rana spakowałam plecak, z którym zazwyczaj chodzimy na basen. Bartoszek nie czekając więc na bardziej wyraźny znak uznał, że idziemy na basen. Złapał swoje ulubione czerwone butki i próbował ze wszelkich sił zagonić mnie do zakładania ich na jego stópki. Już pewnie przeczuwał, że zacznę mu wkładać znienawidzone nowe buty, już już miał zamiar zacząć protestować, aż tu nagle dotarło do niego, że chyba jednak mama jest na tyle bezczelna, że ośmieli się wyjść bez niego! O zgrozo. Bartunio warował pod drzwiami. Wyraźnie, bez cienia kokieterii dawał znać, że on jest jak najbardziej gotowy stawić czoła kolejnej dawce podtapiania go w basenie, leżenia na plecach i brzuszku pod i na powierzchni wody.

W przedpokoju stanął Tato a jego zachęta do zabawy zabrzmiała jak wyrok i tylko potwierdziła najgorsze przypuszczenia Szkrabika, że ma zostać w domu. Buzia w jednej chwili wykrzywiła się w ”podkówkę”, wielki szloch, krzyk, płacz, lament i rozpacz. Tatunio jednak dzielnie powstrzymywał go przed samowolną ucieczką, a kiedy wróciłam po godzinie synuś nawet nie pamiętał o dramacie jaki rozegrał się rano.

To jednak nie koniec. Na ten dzień mieliśmy ustalony termin badania krwi Bartoszka i trzeba było jechać aż do szpitala w Aylesbury. Niunio dzielnie zniósł podróż (prawie całą przespał, obudził się tylko przy przesiadce do innego autobusu) i o dziwo samo pobieranie krwi też. Pani pielęgniarka najpierw rozsmarowała krem znieczulający w czterech (w razie nieudanego wkłucia w jedno miejsce) punktach ręki i kazała nam czekać godzinę. Po tym czasie zawołał nas wesoły, skośnooki pan ”prawie-lekarz” i zaczął rozbawiać Bartoszka. Jednak…nie z nim te numery. Zamiast się uspokoić Buziunia zrobiła się wyraźnie podejrzliwa. Wiedział, że czegoś będą od niego chcieli, i w sumie miał rację. Na szczęście krem zadziałał i nic nie bolało, więc na dobrą sprawę jego podejrzenia się nie do końca sprawdziły.W uznaniu za odwagę Bartosz został uroczyście uhonorowany przez panią pielęgniarkę naklejką. Na początku nie zwracał na nagrodę najmniejszej uwagi, dopiero w autobusie wymyślił nową zabawę. Odkleił ją z koszulki i przy salwach własnego śmiechu przyklejał ją to do spodni, to do butów, z czego to drugie miejsce wydało mu się o wiele zabawniejsze. Dzięki głośnemu śmiechowi synuś wzbudził żywe zainteresowanie niemal wszystkich pasażerów autobusu.

Bartoszka rozpierała energia aż do końca dnia. Przy kolacji wymyślił nową zabawę. Zamiast wkładać sobie kawałeczki parówki do buzi, zaczął je…przykładać do oka, uważnie obserwując czy widzę, jaką to nową umiejętność nabył.

Skomentuj »

Buty

25.03.2008
Gdy wróciłem z pracy, zastałem Bartunia już wyspanego i biegającego po domu. Cieszył mnie widok ślicznej i wygodnej, niebieskiej koszulki którą mu kupiłem. Pozwoliłem mu zobaczyć ‘Reksia’ na komputerze, co niezawodnie wprawia Buziunię w dobry humor. Potem pobiegał sobie wesoło po domu a ja na chwilę zasiadłem przed ‘diabelską maszyną’.

Jakimś trafem udało się dzeciuniu odszukać swoje stare już, czerwone buciki, które tak bardzo polubił. Są one wciąż śliczne i wciąż świecą się po postawieniu pięty na ziemi. Bartuś woli je od nowych, większych bucików (czasami płacze i się szarpie, kiedy chcemy mu je zakładać). Minka nie chciała mi jedynie pokazać swoich ślicznych bucików. On chciał abym je mu założył, co wyraził znaczącym gestem oraz słowem. Nie zrozumiałem tego słowa, lecz było ono powiedziane tak stanowczo i z pewnością siebie, że nie miałem innego wyjścia jak tylko nałożyć mu te buciki.

Bartuś wystawił kolejno dwie nóżki abym mógł mu nałożyć obuwie. Powtarzałem kilka razy ‘buty’ aby dzieciunio oswoiło się z tym wyrazem i powiększyło swój zasób słownictwa. po chwili Bartoszek popatrzył na nie w skupieniu, mrugnął, wskazał na nie palcem i powiedział… Uti! Buti… Ujti! W każdym razie brzmiało podobnie i nie bądźmy drobiazgowi. Jestem dumny ze swojego mądrego i kochanego dziecka.

te buciki są podobne to w/w

Skomentuj »

auto-świat Bartoszka

21.03.2008
Jak to zwykle bywa, udaliśmy się na spacer po centrum Buckingham. Minęliśmy 2 bankomaty, małe tesco, subway i kilka innych miejsc. Weszliśmy (a właściwie Bartosz wpadł niczym błyskawica) do sklepu Budgens i Buziunia swoim zwyczajem pobiegła do samochodu Listonosza Pata.

I tutaj ogromne zaskoczenie! Stała się rzecz straszna, niespodziewana i to był prawdziwy szok oraz jednocześnie cios dla Bartusia. Samochód Pata zniknął! Sam nie mogłem uwierzyć, ale to nie czerpałem z niego radość. Nasz maluszek rozglądał się jeszcze z niedowierzaniem. Kluczył przez chwilkę dookoła, jakby mu się zdawało, albo pomylił sklepy. ale niestety to był ten sam sklep.

Aby zrekompensować sobie brak stałego źródła zabawy, Batruń postanowił poszaleć miedzy kasami i m.in. bawił się słuchawkami umiejscowionymi przy tych kasach. Miał przy tym niezłą rozrywkę i śmiał się zawiadiacko do rozpuku.

Postanowiłem W ramach pocieszenia umieścić naklejki ‘Bartuś’ w jednej grze komputerowej.

Oto efekt:

Skomentuj »

Paszport

17.03.2008
Nadeszła ta wiekopomna chwila.Przyszedł czas najwyższy na wyrobienie nowego paszportu dla Buziuni.  W tym celu z drżącymi sercami udaliśmy się pod Konsulat RP w Londynie.Najpierw jednak udaliśmy się na przystanek autobusów aby wsiąść do wygodnego pojazdu nr X5. Posadziliśmy naszą najukochańszą pociechę na siedzeniu i zapieliśmy pasy. Dumnie się rozsiadł niczym doświadczony amator wycieczek autobusowych, chociaż do tej pory spędzał czas głównie skacząc po fotelach albo śpiąc na jednym z nas.

Dojechaliśmy do dworca kolejowego w Milton Keynes. Bartosz poczuł zew swej dziecięcej natury i zaczał biegać po całej hali. Ja kupiłem bilety a Mamusia starała się go utrzymać w miejscu. poszliśmy na peron. Nieopacznie nie wygraliśmy windy tylko schody co zadziałało na Bartosza jak płachta na byka. Te ponad 30 stopni Mincia pokonała kilka razy. ledwo go oderwaliśmy od nich. W pociągu też często miał swoje małe (ale głosne) humory i trzymaliśmy go na rękach na zmianę. 

Udaliśmy się w stronę Konsulatu. Zaliśmy miejsce w kolejce i czekaliśmy. Staliśmy mniej niż ostatnio i obsługa była milsza. Po godzinie czekanie dostaliśmy się do środka. Barosz upatrzył sobie od razu schody i drzwi od ubikacji. Wciąż powtarzał coś w stylu ‘baaa’ albo ‘paaa’. Wreszcie miał okazję odreagować siedzenie w wózeczku.

Zwiedzaliśmy trochę stolicę Anglii, po czym udaliśmy się na posiłek do koreańskiej restauracji.  Bartosz miał okazję sobie pogadać, pokrzyczeć, pomachać wychodzącym i pooblewać się sokiem. My za to trenowaliśmy jedzenie pałeczkami. Czułem się nieswojo z myślą, że jesteśmy jedynymi nie-Azjatami w pomieszczeniu.

Pociąg powrotny był przepełniony, ale wyszukałem kilka wolnych miejsc w ostatnim wagonie. Przepchaliśmy się przez tłok i już tam byliśmy. Wystarczyło poprosić jednego Pana o ustąpienie miejsca i już mieliśmy 2 wolne obok siebie. Bartosz był w wózeczku i siedział vis-a-vis nas. Całą drogę się śmiał i bawił bucikami. Najciekawsza była jego reakcja na ludzi, którzy szykowali się do wyjścia.

Kiedy ktoś wstawał i kierował się do wyjścia, Bartoszek machał rączką i mówił śliczne: ‘PA pa!’. Jeden Pan myslał, że chodzi mu o wyraz ‘papa’ (czyli tata) i wskazywał na mnie mówiąc: -To jest Twój tata!. śmialiśmy się do rozpuku.

 A oto stary paszport w ostatnich tygodniach ,życia’ i zdjęcie do nowego paszportu.

 

Skomentuj »

zakładanie butków

Bartoszek oczywiście uwielbia spacery. Do stałych elementów przed wyjściem należy m.in. zakładanie kurtki, czapki no i …bucików. Ostatnio buziunia znalazła sposób, jak nam powiedzieć, że chce iść na spacer. Przynosi swoje butki, wciska je nam do rąk, wydając przy tym zabawne dźwięki i pojękiwania. Kiedy już dajemy się przekonać do wzięcia butów do ręki, Synuś odwraca się tyłem, wspierając rączki o ścianę lub stół i wysuwa na po kolei obie nóżki, przybierając przy tym zgrabną pozę baleriny.
Bartoszek ma swoje ulubione czerwone buty, które świecą kiedy robi kroczki. Mimo, że już powoli robią się za małe, nie chce dać się przekonać do nowych bucików. Najwyraźniej nie lubi ”czegoś” w tych butach, czy jest to kolor, fason, brak światełek czy jakiś inny powód…tego jeszcze nie wiemy, ale myślę, że da się to odkryć wkrótce.

Skomentuj »

Wiosenne odrodzenie

09.03.08
Nie pisaliśmy przez dłuższy czas, bo mieliśmy niemałe zmartwienie. Nasza Buziunia chorowała. Właściwie dopiero po badaniu krwi będzie wiadomo co tam naprawdę mu było. Nie jadł przez kilka dni ale już jest wszystko w porządku, Na szczęście pił, więc się nie odwodnił. Trwało to od soboty 01.03 do czwartku 06.03. Opiszę teraz przygody Bartoszka w czasie niemocy.

W sobotę,po popołudniowej drzemce Bartuś obudził się jakiś nieswój: pojękiwał, potykał się, przewracał i w ogóle był senny. Do tego stopnia, że zasnął o godzinę wcześniej….na podłodze. Do tego jeszcze gorączkował. Tamtej nocy nie spaliśmy zbyt wiele, bo Szkrabik co jakiś czas pojękiwał.

Następnego dnia wciąż był senny i nie jadł za wiele. Wypił za to mleko z lekarstwem i przeszła mu podwyższona gorączka. Byliśmy zaniepokojeni o niego, Mama pisała maile do specjalistów. Kolejne dni przebiegały w nerwowej atmosferze. Baliśmy się o niego a lekarz nie doszukał się przyczyny takiego stanu. We wtorek oddaliśmy jego mocz do analizy. Pozostało nam cierpliwie czekać aż mu się poprawi.

My za to poprawialiśmy mu humor poprzez huśtanie go w kocu, który służył za hamak-huśtawkę. Bartunio kładł się na kocu, który kładliśmy na podłodze. Potem my braliśmy końce koca w ręce i bujaliśmy ucieszoną Buziunię. Warto było się fatygować aby widzieć wyraz jego buźki i słyszeć ten niepowtarzalny śmiech. W jego oczach i wyrazie twarzy można było dostrzec morze radości w najczystszej i najbardziej bezpośredniej postaci.

W czwartek stało się nieuniknione. Zaczęło się od banana i kilku kęsów chleba oraz serka.
Bartuś zaczął jeść!
Skończył się smutny i nerwowy czas. Chodziliśmy wtedy jak śnięci, bez życia. W ciągu następnych dni powoli wrócił mu przedchorobowy apetyt i siła (miał wtedy nawet problemy z chodzeniem po schodach).

_________

Poszliśmy do kościoła nieco spóźnieni, lecz nasz wygląd rekompensował to faux pas. Ja byłem ubrany w nowe, eleganckie buty, spodnie, kurtkę oraz czapkę. Bartunio miał na sobie śliczną koszulę i nowe spodnie. Zajęliśmy miejsce w rodzinnym pomieszczeniu kościoła. Było sporo ludzi z dziećmi. Miałem nadzieję, że dzieciunio zajmie się ksiażeczkami albo zabawą z innymi dziećmi, ale on był innego zdania. Najwidoczniej miał inne plany i książki, które mu podałem rozdał innym dzieciom.

Sam zainteresował się jednym obiektem – drzwiami. Właściwie klamką. Krążył blisko nich, wpatrywał się w nie i próbował otworzyć je aby mieć swobodny dostęp do hasania po kościelnych schodach i podwórku. Na moje szczęście, tuż przy drzwiach siedziała nasza znajoma – Linda. Patrzyła niego srogo, kiwała palcem i tłumaczyła mu po angielsku, że nie może tu iść.

Ziabka spokojnie, z poważną miną patrzyła na nią i chyba starała sie ją ‘uprosić oczami’. Nie udało się. Potem, w czacie podniesienia, trzymałem synka na rękach. Nie wyczuł powagi sytuacji i akurat w tej chwili zaczął machać i głośno mówić ‘pa papa’ oraz ‘ba ba’. Następnie ‘flirtował oczami’ z jedną mamą.

Chwilę później znów próbował przekonać Lindę do potrzeby swojego wydostania się. Znów się nie udało. Wtedy to popatrzył na mnie, wyciągnął do mnie rękę, zaczął popiskiwać oraz podszedł do mnie. Myślałem, że chę wracać na ręcę, gdy ten zaczął mnie prowadzić do drzwi. Bartuń prowadził mnie za rękę! Następnie położył moja dłoń na klamce. Z ciekawości poddawałem się jego zabiegom. Wziąłem go na ręce i już miałem otwierać drzwi, kiedy Bartosz nieoczekiwanie postanowił pokazać wszystkim, iż jest niezwykle dobrze wychowany. Pomachał całemu gronu oraz pozdrowił swoim ‘Pa pa pa…!’. Ten poranek natchnął mnie niesamowitym optymizmem, pomimo rzęsistego deszczu, który potem się rozpadał

Skomentuj »