Wiosenne odrodzenie

09.03.08
Nie pisaliśmy przez dłuższy czas, bo mieliśmy niemałe zmartwienie. Nasza Buziunia chorowała. Właściwie dopiero po badaniu krwi będzie wiadomo co tam naprawdę mu było. Nie jadł przez kilka dni ale już jest wszystko w porządku, Na szczęście pił, więc się nie odwodnił. Trwało to od soboty 01.03 do czwartku 06.03. Opiszę teraz przygody Bartoszka w czasie niemocy.

W sobotę,po popołudniowej drzemce Bartuś obudził się jakiś nieswój: pojękiwał, potykał się, przewracał i w ogóle był senny. Do tego stopnia, że zasnął o godzinę wcześniej….na podłodze. Do tego jeszcze gorączkował. Tamtej nocy nie spaliśmy zbyt wiele, bo Szkrabik co jakiś czas pojękiwał.

Następnego dnia wciąż był senny i nie jadł za wiele. Wypił za to mleko z lekarstwem i przeszła mu podwyższona gorączka. Byliśmy zaniepokojeni o niego, Mama pisała maile do specjalistów. Kolejne dni przebiegały w nerwowej atmosferze. Baliśmy się o niego a lekarz nie doszukał się przyczyny takiego stanu. We wtorek oddaliśmy jego mocz do analizy. Pozostało nam cierpliwie czekać aż mu się poprawi.

My za to poprawialiśmy mu humor poprzez huśtanie go w kocu, który służył za hamak-huśtawkę. Bartunio kładł się na kocu, który kładliśmy na podłodze. Potem my braliśmy końce koca w ręce i bujaliśmy ucieszoną Buziunię. Warto było się fatygować aby widzieć wyraz jego buźki i słyszeć ten niepowtarzalny śmiech. W jego oczach i wyrazie twarzy można było dostrzec morze radości w najczystszej i najbardziej bezpośredniej postaci.

W czwartek stało się nieuniknione. Zaczęło się od banana i kilku kęsów chleba oraz serka.
Bartuś zaczął jeść!
Skończył się smutny i nerwowy czas. Chodziliśmy wtedy jak śnięci, bez życia. W ciągu następnych dni powoli wrócił mu przedchorobowy apetyt i siła (miał wtedy nawet problemy z chodzeniem po schodach).

_________

Poszliśmy do kościoła nieco spóźnieni, lecz nasz wygląd rekompensował to faux pas. Ja byłem ubrany w nowe, eleganckie buty, spodnie, kurtkę oraz czapkę. Bartunio miał na sobie śliczną koszulę i nowe spodnie. Zajęliśmy miejsce w rodzinnym pomieszczeniu kościoła. Było sporo ludzi z dziećmi. Miałem nadzieję, że dzieciunio zajmie się ksiażeczkami albo zabawą z innymi dziećmi, ale on był innego zdania. Najwidoczniej miał inne plany i książki, które mu podałem rozdał innym dzieciom.

Sam zainteresował się jednym obiektem – drzwiami. Właściwie klamką. Krążył blisko nich, wpatrywał się w nie i próbował otworzyć je aby mieć swobodny dostęp do hasania po kościelnych schodach i podwórku. Na moje szczęście, tuż przy drzwiach siedziała nasza znajoma – Linda. Patrzyła niego srogo, kiwała palcem i tłumaczyła mu po angielsku, że nie może tu iść.

Ziabka spokojnie, z poważną miną patrzyła na nią i chyba starała sie ją ‘uprosić oczami’. Nie udało się. Potem, w czacie podniesienia, trzymałem synka na rękach. Nie wyczuł powagi sytuacji i akurat w tej chwili zaczął machać i głośno mówić ‘pa papa’ oraz ‘ba ba’. Następnie ‘flirtował oczami’ z jedną mamą.

Chwilę później znów próbował przekonać Lindę do potrzeby swojego wydostania się. Znów się nie udało. Wtedy to popatrzył na mnie, wyciągnął do mnie rękę, zaczął popiskiwać oraz podszedł do mnie. Myślałem, że chę wracać na ręcę, gdy ten zaczął mnie prowadzić do drzwi. Bartuń prowadził mnie za rękę! Następnie położył moja dłoń na klamce. Z ciekawości poddawałem się jego zabiegom. Wziąłem go na ręce i już miałem otwierać drzwi, kiedy Bartosz nieoczekiwanie postanowił pokazać wszystkim, iż jest niezwykle dobrze wychowany. Pomachał całemu gronu oraz pozdrowił swoim ‘Pa pa pa…!’. Ten poranek natchnął mnie niesamowitym optymizmem, pomimo rzęsistego deszczu, który potem się rozpadał

Zostaw komentarz