27.04.2008
Ostatnio sporo się dzieje. Bije się w piersi, że nie pisze za dużo. Bartosz czyni astronomiczne postępy. Teraz chyba jak nigdy, śmieje się tak nieskrępowanie i radośnie, tworzy to muzykę dla naszych uszu, niczym aksamitny balsam dla duszy. Udziela mi się spóźniona wiosna a więc zaczynamy!

CZWARTEK:
Bartunio postanowił kultywować postawy altruistyczne. Rano, zamiast samemu wypić ofiarowany mu przez Mamusie sok, postanowił ofiarować go mnie. Tak mnie to zaskoczyło, że nie wcelowałem ustami w kubeczek i większość jego zawartości znalazła się na wykładzinie. Nie zniechęciło to jednak małego dobroczyńcy i potem tak samo karmił Mamę swoim jedzeniem. Wszytko to wspaniałe, ale dzieciunio powinno samo jeść dostatecznie. Chyba, że on chcę żyć jedynie miłością rodziców.
PIĄTEK:
Podczas wyprawy po sklepach doszło do małego dramatu. Właściwie kilku. Kiedy wertowałem półki a dzieciunio siedziało sobie spokojnie koło zabawek, usłyszałem dziwny odgłos. Był to rzewny płacz Bartoszka, który sobie ubzdurał, że ja sobie gdzieś poszedłem. Podszedłem do niego, złapałem za jego śliczną główkę i przysiągłem, że go nigdy nie zostawię. Niestety nie poskutkowało, bo potem powtórzył swe ‘gorzkie żale’. Nawet, kiedy byłem w zasięgu wzroku. Prawdopodobnie był niewyspany i głodny. Poszliśmy do domu, dostał jedzenia i poszedł smaczni spać.
SOBOTA:
Od samego rana niesamowite rzeczy! Otwierając oczy zauważyłem kochanego synka, który przytuptał do łóżka. Byłem przekonany, że przyniósł mi jakiś poranny prezent, kiedy wyciągnął do mnie rączkę. Ale żadnego prezentu nie było! Była za to ‘piątka’ lub ‘graba’ w wykonaniu Bartosza. Okazało się, że przed chwilą Mama nauczyła go, jaka dawać ‘cześć’.
Tak samo, jak nauczył się znaczenia słowa ‘daj’.
Wybawiliśmy się do woli na placu zabaw i udaliśmy się do Tesco na zakupy. Po zakupach zjedliśmy sobie mały obiad w kafejce. Bartosz jadł frytki. To znaczy część zjadł, cześć wcisnął Mamie a kilka z szelmowskim uśmiechem wywalił na prawo i lewo na podłogę.
Kiedy wracaliśmy do domu, Bartunio drzemał słodko w wózeczku. Trzeba było go obudzić aby go przenieść do domu. Był tak zmęczony, że gotów się położyć na wykładzinie i zasnąć. Ułożyliśmy go do snu po zmianie ubrania i daliśmy smacznego mleczka ze zmiksowanym bananem. Zasnął koło 17 a spał do rana.

ALE NIEDZIELA…
Niedziela była dniem przełomowym w 2 elementach. Oba zdarzenia miały miejsce w odstępie około godziny.
Wstaliśmy dziś po 8 a więc wcześnie jak na standardy wolnego dnia. Buzia była nastawionia bojowo i psotliwie, co przejawiało się w zrzuceniu z siebie pieluchy oraz skarpetek. Trochę poszaleliśmy i zjedliśmy śniadanie.
Poszliśmy do kościoła. Chciałem, aby Bartunio nieco poszalał z dziećmi, lecz specjalna sala dla rodziców z dziećmi była zupełnie pusta. Po raz pierwszy poszliśmy do głównej sali kościelnej. Minka pozdrawiała wszystkich co jakiś czas radosnym: ‘papa’. Drzwi do małego ogrody były otwarte a Bartunio pełen chęci ruchu, dlatego też często tam się wybieraliśmy w czasie mszy.
Bartunio bawił się drzwiami i raz je zamknął, odcinając sobie drogę powrotną do wnętrza kościoła. Uratowałem go z opresji a jakaś Pani zablokowała drzwi cegłą [jakieś 4-5 kilo]. Nie przeszkodziło to jednak naszemu synkowi, który rączkami, bez większych ceregieli ją sobie odsuwał.
Był też Kamienny stół na zewnątrz, metr na metr, wysoki na jakieś 50cm. Postawiłem tam kila razy dzieciunio i raz odmówiłem udzielenia mu pomocy w zejściu. Popatrzył na mnie z wyrzutem, zrobił ‘podkówkę’ z buzi i zapłakał. Jednak moje dziecko to nie mazgaj ani łamaga. Po paru sekundach przykucnął. położył się na blacie i zacząć się ześlizgiwać w tył. Po następnych paru sekundach był już na dole. Potrzeba matką wynalazków.
Huśtawka
To wiekopomna chwila! Po mszy udaliśmy się na pobliski plac zabaw. Były tam też polskie dzieci z mamą. Zamieniliśmy kilka słów gdy nasze dzieci sie razem bawiły. Dzieciunio podało rączkę Pani. Oczywiście Bartoszek był sprawniejszy niż chłopiec, niemal w jego wieku (2 dni różnicy).
Jednak jen chłopiec wykonywał coś, czego Bartosz do tej pory nie… Chodziło o korzystanie z normalnej, ”dorosłej” huśtawki, bez wygodnego siedziska z otworami na nóżki. Ten chłopiec co prawda ciągle wymagał uwagi i pomocy mamy, ale fakt faktem: robił to sam.
Bartosz nie mógł pozostać w tyle. Podbiegł do huśtawki i usiłował się wdrapać na siedzisko. Posadziłem go na nim i poleciłem złapać się mocno rączkami. Bęcnął na tartanowe podłoże. Nie zabolało go nawet, bo nie miało prawa. Jeszcze jedna próba. Znów ‘zonk’. Udało się zasiąść dopiero za 3 razem! Bartosz wytrwałość ma po tatusiu.
Był zachwycony i przestraszony lekko zarazem. Z każdą sekundą radził sobie coraz sprawniej i lepiej. Wreszcie był już niemal rutyniarzem. Bardzo jestem z niego dumny.