28.04.2008
Jest świetna pogoda. Wiosenna, acz nieco wietrzna. Nie trzeba już nosić czapek ani specjalnie ciepło się ubierać. Poszedłem z Bartoszkiem na spacer. Odwiedziliśmy 2 place zabaw. Jeden bardzo dobrze znany, wręcz wyświechtany, oraz drugi, na którym byliśmy dopiero kilka razy. To właśnie na tym ostatnim, Bartunio nauczył się huśtać na ‘dorosłych huśtawkach’.
Pominę tutaj opisy zabaw, ponieważ nie wydarzyło się nic szczególnego. Ważny moment miał miejsce tuż po opuszczeniu przez nas miejsca do zabawy. Byłem już nieco zmęczony dniem pracy, zakupami i podróżami, dlatego postanowiłem usiąść na ławce. Bartosz mi wtórował, wdrapał się na drewniane deski i chwilę spokojnie posiedział. Potem zszedł, odszedł kilka kroków i się zatrzymał. Popatrzył na mnie szukając aprobaty do dalszej wędrówki w wyrazie mojej twarzy.
Ja jednak byłem skłonny spędzić jeszcze 5 minut siedząc. Zaskoczony nieco takim obrotem sprawy, Bartuś rozejrzał się dookoła i wpatrzył się w rosnące koło ścieżki kwiatki. Były to stokrotki i mlecze. Dzieciunio postanowiło sprawdzić, jakie to uczucie trzymać takie coś w rączce. Zarwał jeden. Przyjrzał się mu dokładnie z każdej strony, trochę go wymemłał w rączce i grzecznie przyniósł tacie do ręki. Potem następny i następny. W sumie nazbierałby się niezły bukiecik.
Postanowiłem, że pora już wracać i poinformowałem o tym Bartoszka. Nie spodobało mu się to. On zgięty w pół w poszukiwaniu nowych obiektów do wyrwania, chciałby to robić jeszcze przez min. godzinę. Chwilę protestował, ale na szczęście dobrze i wygodnie się umościł na mnie ‘na barana’. W domu był spragnionty mleczka niczym smok wawelski siarki.


