Archiwum dla czerwiec, 2008
Ekspedient mały
Nie spodziewałem się tego zupełnie. Byłem wręcz w szoku. Co prawda donosiłem już o niezwykłem pracowitości Bartunia jeśli codzi o naśladowanie nas w różnych czynnościach, ale to co dziś zrobił było niesamowite. Synek jest bardzo uczynny i ciągle czegoś się uczy. Dziś nauczył się pomagać w robieniu zakupów. Co ciekawe pomagał nie tylko mnie, ale i eskpedientce!!!
Zaczeło się już od progu sklepu… Mincia dopadła do półki z przecenionymi kanapkami i zaczęła je przekładać z jednej kupki na drugą. Co ciekawe, układał je równiutko i pieczołowicie. Zabrałem go stamtąd i zaopatrzyłem się w koszyk, ponieważ nabrałem więcej rzeczy niż mogłem unieść w rękach, szczególnie z dzieciuniem szalejącym między półkami.
Kiedy tylko Bartunio zobaczył koszyk, natychmiast zapragnął nosić go dookoła i mieć na wyłączność. Wszelkimi środkami (krzykiem i szarpaniem się) uzurpował sobie prawo do owego przedmiotu. Ale wreszcie doszliśmy do kasy i czekaliśmy w kolejce, Zanim jeszcze kolejna ekspedientka doszła do kasy aby odciążyć kolejkę, Bartuś zaczął działać. Wyciągnął paczkę chipsów z koszyka i usiłował położyć koło skanera przy kasie. Ale stało się coś niezwykłego! Bartunio przypadkiem zeskanował tę paczkę i wbił cenę na kasę! Rozbawiło mnie to i napawało rodzicielską dumą.

Po chwili przydarzyło mu się to powtórnie. Ekspedientka śmiała się do Bartunia a ten z poważną miną podawał jej kolejne produkty z koszyka. Po skończeniu wbijania cen do komputera, Bartuś podał Pani zapłatę i odebrał paragon. Potem tradycyjnie pomachał ręką i powiedział na odchodne: Pa pa!.
Dzieciunio nakłada buty
…i to nie tylko sobie! Ostatnio wybieraliśmy się na spacer a Bartosz, zapewne zniecierpliwiony moim guzdraniem się, postanowił zaoszczędzić czas przez nakładanie mi butów.
Zwykle sam sobie próbuje założyć kapcie lub buty wyjściowe. Potrafi już władować nóżkę do bucika, gorzej z założeniem rzepów. Jednak nie bądźmy małostkowi. Wyczyn to wyczyn.

Wracając do tych butów, które mi zakładała mała Mincia. Udało mu się założyć lewy but skórzany na moją lewą nogę oraz… lewy sandał na prawą nogę. Albo jakoś tak. W każdym razie chciałem go przekonać aby podał mi lewy but skórzany. Udało się. Po jakichś 10 minutach. Suma summarum dzieciunio jest uczynne, grzeczne i kochane. Absolutnie!

Bartosz daje na tacę!
15.06.2008
Tak jak w tytule. Nie spodziewałem się tego po nim, szczerze pisząc. Pomyślałem, że monety, które chciałem mu wręczyć, zostaną przez niego:
a) pożarte
b) ciśnięte o podłogę
c) użyte do obrzucenia modlących się w sali dla dzieci
d) sam Bóg wie co jeszcze.
Na szczęście okazało się, że jestem zbytnim niedowiarkiem, jeśli chodzi o możliwości Bartoszunia. Kiedy przyszedł chłopiec zbierający tacę, podałem więc synkowi monety i niemal modliłem się o dobre ich wykorzystanie przez niego. Minka wzięła je w swoje małe paluszki i nie czekała długo na działanie. Zachęciłem go nieco i pokazałem dokładnie koszyczek. Ale on i tak wiedział o co chodzi i zgrabnym ruchem umieścił naszą ofiarę w koszyku na tacę. To już drugi tydzień pod rząd!
Wakacje – MAj 2008
Dawno już nie pisaliśmy, ponieważ korzystaliśmy z uroków wakacji a potem tak jakoś wyszło. Opisze tu pokrótce przebieg naszego urlopu, krok po kroku…
Wylot – 12 maja
Spakowaliśmy się już wcześniej i pozostało nam tylko zabrać nasze toboły oraz utrzymać Bartunia w jako-takich ryzach aby nie rozwalił autobusu ani niczego innego. Pojechaliśmy autobusem do Milton Keynes, ja zaopatrzyłem nas w jakieś jedzonko i czekaliśmy na autobus kursujący na lotnisko, który się niemiłosiernie spóźniał. Mieliśmy jeszcze ponad 2,5 godziny do odlotu, ale to auto mogło się np. zepsuć i bylibyśmy na styk nie licząc stania w kolejkach. Jednak dojechaliśmy na 80 minut przed odlotem, szybko odprawiliśmy bagaże, po czym udaliśmy się na odprawę paszportową.
Samolot był spóźniony jakieś 30 minut a tuż przed lądowanie na oknach samolotu pojawił się deszcz. Temperatura w Gdańsku była znacząco niższa od upałów panujących w Anglii. Ubraliśmy Buziunię i wpakowaliśmy się do taksówki. Rozpakowaliśmy się w wynajmowanym mieszkaniu a ja poszedłem kupić jedzenie itp. Mogliśmy się wreszcie cieszyć rodzimą telewizją w tym nowymi perypetiami w ‘Klanie’
Gdańsk – 13 maja
Wstaliśmy z samego rana (o 6:00) wypoczęci i gotowi do intensywnego zwiedzania. Wyruszyliśmy na plażę do Jelitkowa, ciesząc się słoneczną pogodą. Po spacerze udaliśmy się tramwajem do centrum. Dokładnie do centrum handlowego gdzie zaopatrzyliśmy dzieciunio w ciepłą kurteczkę z podszewką (potem okazała się niezbędna) a sami posililiśmy się. Zwiedziliśmy Stare miasto (‘Neptun’, ‘Żuraw’, Dwór Artusa itp) co uwieczniliśmy na fotkach i filmach. Bartoszek usilnie starał się złapać jakiegoś gołębia lub mewę.

Zwiedzaliśmy dłużej niż planowaliśmy, dlatego wieczorem sam poszedłem na plażę, zostawiając w mieszkaniu zmęczonych Mamę i synka. Było słonecznie, ale silny wiatr zmroził mnie do szpiku. Zasnęliśmy zmęczeni, lecz szczęśliwi i posileni smaczną, lokalną rybką.
Sopot – 14 maja
Około 8 rano wyruszyliśmy na plażę z zamiarem przejścia do Sopotu. Pogoda była wręcz idealna, dlatego była to istna rozkosz. Zajęło nam to ponad godzinę wolnego spaceru z przestojami. P drodze robiliśmy zdjęcia i przekomarzaliśmy się z mincią, która (swoim zwyczajem) postanowiła deptać fale niczym kałuże. Prosiłem ludzi o robienie nam zdjęć a jakiś starszy pan szybko uciekł ze słowami: -50 lat za późno proszę pana. Okazało się, że wziął mnie za nachalnego fotografa, który nagabuje ludzi o kupowanie jego zdjęć.
Zakupiliśmy bursztyny dla naszych Mam, zamieniliśmy pieniądze w kantorze i zakupiliśmy potrzebne rzeczy na podróż. Wszystko było sielankowe gdyby nie to, że Bartunio połknął ość i napędził nam niezłego stracha. Ale na strachu się skończyło na szczęście. Położyliśmy się spać, zmęczeni, opaleni i zadowoleni.

Lublin – 15 maja
Wstaliśmy przed 3 w nocy. Posprzątaliśmy po sobie. Całe pakowanie zrobiliśmy wcześniej ale pozostało nam się ubrać i ogarnąć mieszkanie. Jego właściciel okazał się ugodowy i zgodził się na wrzucenie kluczy do skrzynki na listy (którą zamontowali kilka dni wcześniej a klucze zostawili dzień wcześniej). Zamówiliśmy taksówkę, wtaszczyliśmy toboły na dworzec i czekaliśmy na nasz pociąg. Przyjechał o 4:37. Wpakowaliśmy się i chcieliśmy czym prędzej uśpić Bartoszka. Zasnął o 9. Mama nie wierzyła, że to kiedyś nastąpi i uraczyła się Pepsi. Dlatego tylko synek spał przez większość jazdy. My czytaliśmy itp.
Po 11 byliśmy w Lublinie. Jeszcze udaliśmy się do kasy aby odebrać nadpłatę za bilet, po czym udaliśmy się do zakonu z wujkiem Pawłem. Pogoda była wspaniale upalna. W zakonie czekał na nas WYŚMIENITY posiłek. Mieliśmy energię aby pozwiedzać lubelską starówkę i okolice zamku. To był jeden z najlepszych dni w moim życiu. Idealni, bliscy ludzie, świetna pogoda i wewnętrzny spokój. Czego chcieć więcej?

Trochę się wyczekaliśmy na przyjazd a potem na odjazd busa do Zamościa. Wyjechaliśmy przed 20 i po drodze słońce stawało sie coraz bardziej purpurowe, Bartosz zmęczony i marudny a Mama zdezorientowana poprzez wyznania ‘nawiedzonych-nawróconych’ pasażerów z tyłu. Kiedy już jechaliśmy PKS do Werbkowic, starałem się uspokoić Bartunia, poprzez liczenie latarni. Prawie uśpiłem Mamusię. dojechaliśmy o 22:30.
Zamość – 16 i 17 maja
Zanim tam się udaliśmy, Olek, Chrzestny Bartunia, zaprosił nas do siebie w piątek wieczorem. W domu było gorąco i dziecko ostro dawało się we znaki. Ale znalazł sobie enklawę – huśtawkę na zewnątrz. Siedział jak wryty z uśmiechniętą minką kiedy córka Olka, Kinga go huśtała. Dziewczynka pokazało mu swoją zabawkę, konia (czupryniasta głowa na kiju) ale dla naszego synka ten konik wyglądał niepokojąco znajomo. I już po kilku sekundach w akompaniamencie ogólnego śmiechu, Bartosz zamiatał tym koniem podłogę niczym mopem, do czego już nas przyzwyczaił. Bardzo też spodobało mu się wchodzenie na łóżko piętrowe.
Pojechaliśmy do Zamościa aby:
a) wziąć lekcje jazdy
b) wyleczyć zęby -JA
c) poszaleć w parku wodnym
d) miło spędzić czas
Z w/w punktów udało się nad zrealizować b) i d). Na jazdę było za późno bo nie było wolnych miejsc. Po prostu za późno zamówiliśmy lekcje – niestety. W parku wodnym było jeszcze gorzej. Okazało się, że mat antypoślizgowych: brak. Dlatego Najbardziej poobijany po 15 minutach był Bartuś a potem ja.
Za to spędziliśmy bardzo miło kilka godzin w sobotę (17 maja) a ja zrobiłem sobie bolącego zęba. Zamość jest już po wielu remontach i czeka na jeszcze większe tłumy turystów.
Na szczęście moja Mama i Wujek Paweł znaleźli wspólny język z Bartoszkiem i mogliśmy go zostawić z nimi na kilka godzin. Poradzili sobie świetnie a mincia wcale nie płakała. Wujek poradził chyba zawarł z nim jakiś układ już w Lublinie.
Ja w Anglii wpadłem już w dryg biegania i brakowało mi tego. W piętek i sobotę wybiegałem swoje 4 kilometry. Nie powinienem już zaczynać w niedzielę, bo wszystko mnie bolało. Ale zaczynałem…
Werbkowice, Terebiń – 18 i 19 maja
Zajechaliśmy do Werbkowic prosto z Lublina (15 maja), ale wciąż jeździliśmy do Zamościa. Na dłużej nacieszyliśmy się tą miejscowością dopiero 18 i 19. W niedzielę 18 maja postanowiliśmy się przejść na piechotę do Babci, Prababci Bartoszka do Terebinia. W tym celu Babcia Bartunia, moja Mama, wpadła na genialny pomysł aby zamontować parasol do wózka. Było bardzo gorąco i słonecznie, dlatego osłona przed słońcem była absolutnie konieczna.
Szliśmy sobie wolno, około godziny. Zastała nas Babcia, czytająca coś akurat. Potem dojechała ciocia Marysia. Dzieciunio zasnęło podczas wędrówki, dlatego zostawiliśmy go w wózku. Chwile pobawiliśmy się z pieskiem, który się znalazł po miesięcznej rozłące. Ciocia odwiozła nas do domu a my zjedliśmy pyszny, maminy obiad. Następnie Bartosz zasnął a ja z Mamunią poszliśmy do kościoła na wieczór.
W poniedziałek 19 siedzieliśmy głownie w domu, szybko wpadliśmy do Zamościa i odwiedziliśmy moją Chrzestną. Szykowaliśmy się do wyjazdu autobusem do Bochni. Autobus przyjechał o 1 w nocy.
Pisarzowa – 20 maja
Po 6 byliśmy w Bochni a potem już busami dojechaliśmy do Limanowej na 8, skąd zabrała nas Ciocia Beata, siostra Mamusi Bartoszka. Rozpakowaliśmy siebie oraz łóżeczko, które zamówiliśmy dla dzieciunia. Złożyliśmy je, oblekliśmy materac a potem dodaliśmy jeszcze kocyk. Łóżeczko jest eleganckie jak Bartosiunio, wygodne i duże, też jak on. Tego dnia ja i Bartunio odpoczywaliśmy (ja poszedłem tylko do sklepu), Babcia delikatnie zabawiała Bartunia a Mama poszła tylko wieczorem do siostry. Pogoda nie była zachęcająca, delikatnie mówiąc.
Ustawiłem w radio ‘Program 3′ i czułem się niemal wniebowzięty, siedząc wieczorami i słuchając tego. Uszyłem też czapeczkę dla mojego, najukochańszego synka.
Kraków – 21 maja
Umówiłem się z koleżanką – Moniką, poza tym chcieliśmy obejrzeć mieszkanie na sprzedaż w Wieliczce, Edytka spotkała się z Chrzestną dzieciunia i zrobiliśmy trochę zakupów. Dzień nie był szczególnie słoneczny ale nie padało na szczęście – do wieczora.

Zrealizowaliśmy nasz plan ale wyjechaliśmy z Krakowa zdecydowanie za późno. Widzieliśmy sznur aut jadących w tępię szachisty i ani jednego pojazdu do Limanowej. Dlatego jakaś miła Pani zaprosiła nas do samochodu swojej córki i w trasie owa córka dogoniła busa do Gdowa. Tam mineły nas 2 busy i autobus do Limanowej. A raczej nazwałbym je puszkami na sardynki. gdyż przednie szyby były upstrzone odbiciami twarzy ’szczęśliwych pasażerów’.
Nie zważając na głupawe spojrzenia, zacząłem łapać stopa z dzieckiem na rękach. Po kilku minutach zatrzymał się pan w średnim wieku, który jechał akurat do Limanowej. Okazał się tak sympatyczny i wspaniałomyślny, że podwiózł nas niemal pod same drzwi w Pisarzowej (9km dalej), czyli nadrobił drogi i poświęcił dla nas czas i paliwo! Brawo i pozdrawiam, jeśli ten Pan kiedyś to przeczyta.
Męcina – 22 maja
Tego dnia też spędziliśmy głównie w domu Babci Bartoszka. Udaliśmy się też na chwilę do Męciny, sąsiedniej miejscowości, gdzie mieszka mój wujek – Staszek. Zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci, mieliśmy też okazje podziwiać wspaniały widok z balkonu. Widok na doliny. Bartuń bardzo grzecznie siedział z babcią, podczas naszej wizyty.
Stara Lubovna – 23 maja
Troche za późno się wybraliśmy z wyjazdem z Pisarzowej z czego wynikły potem pewne komplikacje. Jednak o godzinie 13 byliśmy już po słowackiej stronie granicy. Nie było żadnej kontroli na granicy dla pieszych, była za to pobieżna dla samochodów. Złapaliśmy jakieś młode, sympatyczne małżeństwo na okazje i już niemal byliśmy u stóp zamku. Należało się jeszcze wspinać. A zamek? Cóż… Okazały, lecz nie w pełni odnowiony. Wciąż trwają prace. Podczas zwiedzania można nabawić się klaustrofobii i lęku wysokości.

Zrobiliśmy zakupy w miejscowym Lidlu po czym odwiedziliśmy skansenowy dworzec i jechaliśmy 30 letnim autobusem z prędkością 40 na godzinę. Byliśmy dosyć późno i obawialiśmy o los Babci i Bartunia. Nie odbierali oni telefonu przez cały czas. Okazało się, że wszystko w porządku i można się wreszcie zrelaksować.
Przylot – 24 maja
Dzień był nieco deszczowy i pochmurny. Zajechaliśmy do Galerii Krakowskiem, kupiliśmy ostatnie prezenty oraz rzeczy do przywiezienia i udaliśmy się na pociąg na lotnisko.
I ten samolot był opóżniony a my cuden zdążyliśmy na ostatni autobus powrotny do Milton Keynes. Byliśmy niezwykle głodni, więc skalaliśmy się frytkami w McDonaldzie. Wróciliśmy do domu.
Ten urlop był wyjątkowo udany. Zdjęcia nasze wkrótce




